Roman Landowski

„O złamanych osiach”

Tamtego roku zima była ostra, bez śniegu. Mówiono o niej: „czarna zima”. Uroku nie przysparzała, bo cóż to za zima bez grubych kołder z śniegowego puchu i bez sanny. I mrozy wówczas silniejsze, bo mówią, że gdy śnieg spadnie, mrozy nieco zleżą. A wtenczas ogromne były mrozy. Ziemia czarna, lecz zmarznięta na kilka chyba metrów.

I właśnie tej zimy, czarnej, pewien możny pan wracał ze Świecia do Osieka z karnawałowej rozrywki. Był to dalszy krewniak starosty Adama Walewskiego rezydującego w Osieku w XVI wieku. Starosta słynął ze swojej pożytecznej działalności i dobrych planów na przyszłość. W miejsce krzyżackiego zamku wybudował okazały pałac renesansowy. Starał się u króla o prawa miejskie dla Osieka. W zamian żądał prawa wieczystego posiadania tej miejscowości przez rodzinę Walewskich. Prawa tego jednak nie uzyskał. Wtedy starosta Adam Walewski zrezygnował z zamiaru tworzenia miasta.


Roman Landowski
(ur. 25 listopada 1937 w Świeciu nad Wisłą - zm. 22 sierpnia 2007 r. w Tczewie)
Był on pisarzem, publicystą, regionalistą, a także członkiem Związku Literatów Polskich. Całe jego życie związane było z Kociewiem, mieszkał najpierw w Świeciu, potem w Tczewie, kilka ostatnich lat spędził natomiast w Czarnej Wodzie. Z wykształcenia Roman Landowski był bibliotekarzem. Większość swojej pracy zawodowej poświęcił swej największej pasji - książce. Był bowiem księgarzem, bibliotekarzem, redaktorem i wydawcą. Pracował także jako urzędnik, animator kultury, a także reżyser teatrów amatorskich. Długi czas był redaktorem naczelnym kwartalnika ukazującego się w Tczewie - ,,Kociewskiego Magazynu Regionalnego", najważniejszego pisma regionu. Debiutem książkowym Romana Landowskiego był tomik poezji zatytułowany ,,Pejzaże serdeczne". Oprócz tego jest autorem ponad dwudziestu publikacji książkowych, wśród których większość dotyczy Pomorza oraz ukochanego Kociewia. Interesował się historią oraz obyczajami regionu.

Legenda pochodzi ze zbióru legend "Jasna i Dersław" Baśnie podania i opowieści z Kociewia - autorstwa Romana Landowskiego, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1981, s. 104-108.

W tym czasie starosta gościł wielu krewnych, ludzi wpływowych, którzy popierali jego plany. Jeden z nich wracał właśnie z karnawałowego balu. Jechał sam. Uwielbiał mocne wrażenia, nie zważał na niebezpieczeństwa, które przecież o tej porze czyhały na każdego śmiałka.

Para koni gnała raźno, wiodąc skrajem tucholskich borów. Księżyc przemierzał drogę razem z pojazdem, wyznaczając jasny szlak wzdłuż wysokiej ściany czarnych lasów. Tętent koni po skamieniałej od mrozu ziemi rozlegał się daleko czystym uderzeniem kopyt środkiem leśnego tunelu. Konie szły chętnie, a pan dobrze znał drogę, więc mógł nawet trochę podrzemać, szczelnie wtulony w kożuch.

Nagle powozem wstrząsnęło, konie parsknęły, coś trzasnęło. Pan wyszedł z przechylonego powozu. Jedno spojrzenie starczyło, by ocenić wypadek.

- Psiekrwie! - zaklął. – Obie osie poszły! Złamane!

W środku nocy nie wiedział, co począć. Sam z powozem o złamanych osiach. Mógłby okryć się kożuchem i czekać do rana, lecz konie nie wytrzymają. Wyprzągł je i zauważył, że już mocno drżą z zimna. Gdy je krótko uwiązał do najbliższego drzewa, zaczęły bojaźliwie strzyc uszami. Nerwowo chodziły im chrapy.

Wkrótce w głębi lasu odezwało się przeciągłe wycie. Jedno, drugie. Początkowo dalekie, później coraz bliższe.

Wilki!

— Będą atakować z dwóch stron! – powiedział mężczyzna niby do koni, niby do siebie. Jeżeli będzie groźnie, zaczniemy palić powóz. Podwójna korzyść: od wilków się uchronimy i trochę się ogrzejemy. Dobrze, że latarnia się nie potłukła przy tym wypadku.

Na szczęście w powozie była siekiera! Ściął z brzegu kilka świerczków. Po tej czynności, w momentach ciszy, drzewa zaczęły stękać rozsadzane mrozem. Las skrzypiał, gadał, nawoływał, jakby ostrzegał przed niebezpieczeństwem. A mroźny podmuch kłującego wiatru znowu przyniósł ze sobą dalekie wycie z przodu i nieco bliższe z tyłu.

- Okrążają! – mruknął mężczyzna.

Konie szarpały łbami chcąc się uwolnić. Z głośnym chrapaniem stawały dęba. Błyski, chodzące parami, były już bliskie. Migotały zielonkawo wśród pni drzew.

- Mają dobry, gotowy żer! – znowu mruknął mężczyzna. – Nawet nie mam gdzie uciekać! I na nic by się to zdało!.

Od płomienia lampy zapalił świerkowe drwa. Zielone ogniki oddaliły się. Zapas drew jednak szybko się skończył, starczył zaledwie na dwie godziny.

Zdawało się, że zielone migotanie przebiegało między pniami drzew. Wycie znowu przybliżyło się.

Mężczyzna miał tylko jedną nadzieję, że wilki wcześniej zaatakują konie.

Zagryzą konie, a mnie oszczędzą – myślał – Ale nie wiadomo, ile jest tych bestii?

Śledząc kierunek ogników mógł rozpoznać bliższe sylwetki. Czaiły się …

Nagle od otwartej drogi, jasnej między tunelem wysokopiennej ściany, odezwał się jakiś hałas, krzyki. Zakołysały się trzy, potem cztery pospiesznie niesione ognie.

Wilki zawyły. Mężczyzna widział, jak zbiły się w gromadę. Ognie stawały się jaśniejsze i bliższe. Teraz dopiero okazało się, że niewielkie to było stado wilków. Nisko pochylone cielska zatoczyły koło, migotliwe płomyki oddalały się, aż przy cichnącym pomruku niezadowolenia zupełnie zginęły.

- Heeej! – krzyknął podróżny. – Hop, hooop!

Kołatanie i ognie zbliżyły się.

- Patrzcie, coś jest! – mówił nie znany głos, daleki, ale wyraźny na mrozie. – Tam! To tam!

Ognie i odgłosy zbliżyły się natychmiast. Ludzie podeszli do powozu i przerażonych koni.

- Dzięki wam, dobrzy ludzie! – powiedział podróżny.

- Pochwalony, panie – rzekł nieśmiało rosły chłop w kożuchu. – My wilki przepędzali od chałup. I ogień widzieliśmy. Tknęło nas, że potrzebny komuś ratunek.

- Blisko tu jakiś dom?

- Panie, tutaj zaraz cała osada – młodszy pokazał głownią w kierunku drogi. Zrobił to energicznie, aż płomień wydłużył się za ruchem ręki.

- Dziękuję wam, ludzie – powiedział jeszcze raz podróżny. – Uratowaliście mnie od niechybnej śmierci.

Potem na wiejskiej ławie w ubogiej chacie opowiadał o swojej przygodzie. O wielkim balu w Świeciu. O tym, jak wyjechał w powrotną drogę i jak złamały się osie na zmarzniętych grudach. Mężczyzna przenocował, a rano przywleczono z lasu powóz. Naprawiono osie, a wypoczęte konie powiozły pana do Osieka.

Opowiedział wszystko swemu stryjowi, staroście Walewskiemu i wyjednał u niego, by osadę oddać na własność chłopu, który wraz z synami wyratował go z przygody z wilkami. Starosta zawsze miał szeroki gest i wyobraźnię, więc nie namyślając się długo wolę swoją na piśmie wyraził. Żeby ją wyróżnić od innych osad i wsi oraz dla upamiętnienia przygodnej podróży przez las nazwał Osie. Tak nazwa ta do dzisiaj przetrwała, razem z wsią, która wyrosła niemal na małe miasteczko. Tu krzyżowały się w późniejszych latach główne trakty podróżne, prowadzące do Książęcych Prus. Tędy po przegranej bitwie pod Jeną uciekał pruski król, tędy prowadził swe wojska Napoleon.

A od przygody panicza, krewniaka starosty Walewskiego, wilki bardzo rzadko odwiedzały ten skrawek ziemi kociewskiej. Uszły w głąb tucholskich borów. A dzisiaj stały się zupełną rzadkością. Czasami gdy ostra zima się zdarzy, można zoczyć pojedynczego wilka. Ale to już nie to, nie te stada, pędzące za powozami, saniami i końmi.