Fenikowski Franciszek

OSIE

Motto: - Wici Wici Wojna tej wiosny –
Jeździec wieniec z zieleni ciska.
Szumią Kniei Tucholskiej sosny,
Wiatr cwałuje przez uroczyska,
Pędzą jeźdźcy po ziemiach Polski:
- Zaprosimy Prusów do tańca!
Szumią sosny Kniei Tucholskiej
O przygodzie księcia – wygnańca …


Fenikowski Franciszek
(1922-1982)
Polski prozaik i poeta. Silnie związany z Wybrzeżem i Kaszubami, poświęcił im wiele miejsca w swojej twórczości. 1948-1955 redaktor tygodnika Rejsy. Autor popularnych powieści historycznych, jak Długie morze (1956), cykl Kaper z Morskiego Psa (1959), Smok króla Augusta (1961), Czerwona ręka (1974). Zbiór legend Okręt w herbie (1955), baśnie Gdańska szkatułka (1960) i Złoty strąd (1964). Ponadto biografia o Florianie Ceynowie Zapadły zamek (1958) i kilka tomików wierszy (wybór z nich w Gramatyce morza, 1972). Liczne nagrody, m.in. imienia M. Zaruskiego.

Legenda ukazała się drukiem w: „Gazecie Pomorskiej” nr 284 z 19 grudnia 1979r. i w publikacji"Legenda o Osiu - Fikcja i rzeczywistość" autorami której są Marek J. Lejk i Marek Miesała, Osie 2005 r.

Nadchodził zmierzch. W pomorskiej puszczy było już niemal ciemno. Wiosna ociągała się tego roku z nadejściem, i mimo, że dawno minął dzionek św. Bieniasza Opata, między grubymi pniami dębów, sosen, buków, cisów, wciąż jeszcze w leśnych rozdołach błękitniały, spłachcie topniejącego śniegu, a stada zgłodniałych wilków wyły na polanach, opodal wyboistej drożyny, którą posuwał się mały poczet rycerski.

- Zapalcie kagańce – rozkazał pachołkom miecznik Jarano, jadący na cisym rumaku przy czterokonnym wozie. – Noc idzie!

- A ludzkiej sadyby ani śladu – ozwał się wpół siedząc, wpół leżąc na wyścielających wóz niedźwiedzich skórach książę Włodzisław Odonic, zwany Plwaczem.

- Jeno wilcze ślepia świecą między chojarami – westchnął kulący się u książęcych kolan igrzec Jurek i oburącz przycisnął gęśliki do chudej piersi.

- A niechaj mnie licho porwie, jeśli wiem co gorsze: ogary Laskonogiego czy te tucholskie basiory! Zdało mi się, gdyśmy naleźli się za Nakłem, ze wszystko złe za nami, a tu nas, nieboraków, wilczyska na kieł wziąć łacno mogą nim ujrzym księżniczkę Eufrozynę.

- Nie kracz, Jurek, nie kracz – skrzywił się Plwacz, srodze znużony długą, spieszną, niebezpieczną podróżą z Akkonu przez Ostrzyhom, Kraków na Pomorze. – Pogędziłbyś mi lepiej! Czas prędzej nam zejdzie.

Koła zapadały w wyboje, bryzgały błotem kałuż. Wóz przechylał się gwałtownie. Kusznicy i oszczepnicy skrzesali ogień. Zaniecili smolne kagańce. Mrużąc powieki przed ich migotliwą czerwienią stary posłusznie zagrał na gęślikach, zaśpiewał cicho, współczująco piosenkę o sierocie wypędzonej z ojcowskiego dworu przez złego stryjca, laskonogiego, kościeja. Ściągłą twarz kaliskiego księcia – wygnańca grymas wykrzywił nagłego gniewu. Zsiniały mu lica. Rozgrzały źrenice.

- Dość! – warknął groźnie. – Zamilcz, bo język wyrwać ci każę!

Po Odonie, synu pierworodnym Mieszka Starego i węgierskiej królewny, który dotknięty rodzicielską wzgardą stanął na czele rokoszu przeciw ojcu i przyrodnim braciom, odziedziczył śmiertelną nienawiść do najprzebieglejszego z Mieszkowiców.

Nie mógł spokojnie słuchać imienia ni przezwiska przeklętego stryjca. Zadawał sobie w skrytości ducha sprawę, że nie dorównuję temu ulubieńcowi dziada, mądrego „Księcia – Szachraja”. Daremnie próbował stawić mu czoła. Wyrzuty z Kalisza, przepędzony z ujskiego grodu tułał się po świecie szukając sprzymierzeńców. W Gnieźnie skarżył się przysięgłemu wrogowi Laskonogiego, dumnemu metropolicie Kietliczowi, który zasiadając na wspaniałym tronie podczas nabożeństwa podawał ku zgorszeniu ludu nogi do ucałowania usługującym kapłanom. We Wrocławiu prosił o wstawiennictwo Henryka Brodacza. Na Węgrzech zabiegał o względy króla Andrzeja, zięcia grabi Piotra, zeszłego roku ukoronowanego przez papieża w rzymskim kościele Św. Wawrzyńca korona latyńskiego cesarstwa Bizancjum.

Wracając znad Dunaju wstąpił wraz z Henrykiem Pobożnym na Wawel ofiarując swe usługi otyłemu piwoszowi Leszkowi. Mąż Grzymisławy od lat po cichu mu sprzyjał. Ostatnio wyswatał jego córkę. Miał jednak i własne kłopoty. Wymówił się od udziału w V krucjacie tym, że bez piwa i miodu, którego w Palestynie brak, żyć nie może. Oobiecywał nawrócić Prusów, owych „Saracenów Północy”. Został w kraju, odzyskał Gdańsk, wyparł Duńczyków z Ziemi Słupskiej, uwolnił z Waldemarowego jarzma Racibora II. Teraz wypadło dotrzymać obietnicy.

- Ojciec Święty – mówił patrząc z okien zamku na Wisłę – domaga się, abyśmy uderzyli na Prusy. Wolałbym solą niźli mieczem niewolić ich do przyjęcia chrztu.

- Wszakże jak przeciwstawić się woli Piętrowej stolicy? – troskał się biskup Wincenty.

- Tedy – ciągnął syn sprawiedliwego – pędzą już po kraju jeźdźcy z wiciami. Ja z Konradem i oboma śląskimi Henrykami natrzemy od południa. – Biskup Chrystian popłynie Nogatem – wtrącił Kadłubek.

- Ty jedź do Gdańska! - Kończył Biały Książę. – Niechaj Świętopełk, zięć twój, od morza pogan przyciśnie!

Zgodził się chętnie. Wziął igra Jurka, który znał drogę. Omijając Poznań, Gniezno, Ujście zanurzyli się w Tucholskie Bory. Kiście śniegu spadały z czarnych konarów. Dymiły w mroku przepadliska moczarów. Tajemniczy ostęp przejmował podróżnych trwogą. Nów księżyca przesłoniły chmury. Naraz zachybotał wóz. Koło osunęło się w głęboki wybój. Pękła oś! W złą snadź godzinę Jurek o tej osi śpiewał! Wilcze wycie nie na żarty zaniepokoiło wygnańca. Chwycił oszczep, narzucił kuszę na plecy, siadł na wiedzionego za wozem arabskiego ogiera. Samopięt z Jarandem, Jurkiem na luzaku – podjezdku i konnym pachołkiem ze smolnym kagańcem pogalopował przed siebie. Nie minęło siedem pacierzy, a ujrzał w dali nikłe światełka. To książęcy sokolnik Tuchołka z kołodziejem Kiełpem i kilku bartnikami, usłyszawszy zew sfory wilków, wyszli na dukt niosący zapalone wiechcie na wysokich żerdziach.

- Kto wy? – krzyknął Tuchołka do zbliżających się w ćmie nocnej jeźdźców.

- Książę kaliski ze świtą – zatrzymał wierzchowca miecznik. – A wy?

- Borowiacy – skłonił się sokolnik i wskazał Plwaczowi pobliską zagrodę. - Oto twa, gospodzinie, stolica na dzisiejszą noc!

Przenocowali. Gdy zaświtało poszli na miejsce wypadku. Kiełp naprawił sprawnie wóz książęcy. Nie wziął za to złota. Poprosił jedynie o pękniętą oś.

- Bywajcie – pożegnał wygnaniec leśnych ludzi. – Wam, dzielnym Borowiakom, przekazuję na odjezdnym mą jednonocą stolicę.

- A jakie nadasz jej, jasny książę, godło? – w pas pochylił się Tuchołka. Donic bez słowa wyciągnął ramię ku złamanej osi.

I stąd wzięła się w Tucholskich Borach osada zwana po dziś dzień: OSIE!