Sławomir Rajnik


Motorówka powoli płynie po sfalowanych wodach Zalewu Żurskiego niczym latający holender. Cztery nieruchome postacie skulone na pokładzie rzeczywiście z daleka mogą wyglądać jak zjawy. Odgłos pracującego silnika pozwala potencjalnemu obserwatorowi stwierdzić, że w czasach pirata Jacka Sparrowa takowych urządzeń jeszcze nie znano, więc to raczej śmiertelnicy o ile można tak mówić o tych wariatach. Znam ich dobrze. Zgrany kwartet gdzie każdy zna się na robocie i wie, co do niego należy. Krzychu naciągnął kaptur kurtki. Pozostali niczym automaty powtarzają ten sam ruch.

Sławomir Rajnik

Były długoletni pracownik Wdeckiego Parku Krajobrazowego, począwszy od stanowiska strażnika do Głównego Specjalisty ds. Ochrony Przyrody. Absolwent Technikum Leśnego w Tucholi i Wyższej Szkoły Ochrony Środowiska w Bydgoszczy. Swoją pasję do przyrody rozwijał jako pracownik Lasów Państwowych, Wdeckiego Parku Krajobrazowego, a obecnie specjalista w Wydziale Spraw Terenowych Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Bydgoszczy. Od kilku lat swoją wiedzą i refleksjami na temat szeroko pojętej przyrody, jej ochrony i gospodarki leśnej dzieli się z czytelnikami Magazynu Ogólnopolskiego ZAGRODA ukazującego się jako kwartalnik. Za naszą namową postanowił podzielić się dotychczasowymi artykułami z odwiedzającymi naszą stronę.

— Dawno nie padało - odezwał się milczący od godziny Wiechu. Niedawno chmury skryły księżyc dostarczając dodatkowych atrakcji w postaci śniegu z deszczem. Wiatr i ciemno jak u murzyna gdzieś tam. Staram się w ciemnościach wypatrzeć korony drzew by nie nadziać motorówki na leżące w wodzie drzewa ewentualnie by nie przestawić brzegu. Im gorzej tym lepiej, ale nie dla nas, lecz dla kłusowników. Oni rzadko stawiają sieci w dzień. Właśnie teraz na początku grudnia nastał okres przedświątecznych żniw dla amatorów nielegalnych połowów ryb. Rzut oka na zegar w komórce. Dochodzi 24-ta. Daniel niespokojnie poruszył się na twardym siedzisku. Cztery godziny siedzenia w jednej pozycji powodują, że miejsce gdzie kończą się plecy przechodząc w mniej szlachetną część ciała zaczyna domagać się dodatkowej dawki krwi i nieco ruchu.

— Wieje jakby się diabeł powiesił — rzekł Daniel, chwytając termos. —Chcecie herbaty? —Każdy ochoczo podstawia swój kubek. Przyjemne ciepło rozchodzi się po wnętrzu. Towarzystwo ożywia się nieco. Wiesiu trzyma linę zakończoną kotwicą do wyszukiwania sieci w toni. Ze względu na ciągle zmieniającą się głębokość musi wydawać lub wybierać linę tak, aby specjalna kulista kotwica z dospawanymi haczykami ciągle znajdowała się przy dnie.

— Każdy normalny facet o tej porze leży przy swej babie a nie tarabani się nocą po Zalewie i to w taką pogodę — stwierdza Wiesiu w mało filozoficznym uniesieniu.

— A gdzie ty tu widzisz normalnych ludzi? — odparował Krzysztof pełniący funkcję obserwatora i mojego zmiennika. Wiesiu rozgląda się po motorówce, ale chyba z racji panujących ciemności takowych nie znalazł. Fakt.

Strażnicy Społecznej Straży Rybackiej to pasjonaci nie tylko wędkarstwa. Ludzie ci ąż nadto rozumieją, że bez ochrony każdy zbiornik wodny w kilka lat zostanie przełowiony. Kilkunastu strażników Państwowej Straży Rybackiej na województwo to raczej symboliczna ochrona. W samym roku 2011 w Okręgu Bydgoskim (obszar dawnego województwa bydgoskiego) 188 strażników Społecznej Straży Rybackiej zdjęło ponad 1100 szt. różnorodnego sprzętu kłusowniczego. Przy polskim prawodawstwie nie ma szans na zlikwidowanie kłusownictwa sieciowego, które co prawda jest uznawane za przestępstwo jednakże w 90% złapani na gorącym uczynku, (o co nadzwyczaj trudno) otrzymują wyrok w zawieszeniu „ze względu na niską szkodliwość społeczną lub czynu.” Jak na razie najlepszym lekarstwem jak i profilaktyką na tego typu patologie jest częste patrolowanie i zdejmowanie z wody sprzętu kłusowniczego. Przynajmniej w ten sposób ogranicza się ten proceder. Sieci kosztują a profesjonalne to już spory wydatek. Na utratę kilku czy kilkunastu sieci w ciągu jednej nocy niewielu kłusowników sobie może pozwolić. Detalistą wystarczy raz. Do dziś pokutuje w społeczeństwie rodem z PRL-u podział własności na swoją - czyli świętą oraz państwową – czyli niczyją. Brać z niczyjego to nie kradzież ani nie grzech. Jest popyt - jest i podaż. Zawsze tak będzie, bo ludzie już dawno polubili ryby. Nie rzadko z wzajemnością, o czym miał pecha przekonać się biblijny Jonasz. Rekiny i piranie także nie pogardzą ludzkim mięskiem. Szkoda tylko, że kłusownicy nadzwyczaj rzadko stanowią ich główne danie dnia. Zarzuci ktoś, że wędkarze też wyławiają raby. To prawda. Wędkarstwo to pasja mocniejsza od narkotyku, jednakże wędkarz nie łowi ryb danego gatunku w okresie ochronnym. Nie złowi tylu ryb, co kłusownik w sieci. Wędkarz płaci składki na zarybienia i ochronę. Obowiązują go ograniczenia ilościowe złowionych ryb jak i minimalna ich długość. Kłusownik te zasady i ograniczenia ma w miejscu, które Daniel aktualnie próbuje bezskutecznie podrapać. Krzysiu też się poruszył sięgając po papierosy.

— Zapalimy? — Wreszcie jakaś odmiana. Chroniąc papierosy przed deszczem w dłoniach zaciągamy się z lubością jego własnej roboty skrętami. Przy tej pogodzie żaden kłusol nas nie wypatrzy, a jeśli nawet to i tak już nie zdąży zwinąć sieci. Dopływamy do jednej z wysp. Motorówka nagle schodzi z obranego kursu. Kontruję rumplem. Nic nie pomaga. Czyżby?

— Chyba coś mamy — mówi Wiesiu ciągnąc powoli z wysiłkiem linę kotwiczną. Ja profilaktycznie wyłączam silnik i podnoszę jego kolumnę. Sieć nawinięta na śrubę to przekleństwo sternika. Daniel już czeka w pogotowiu z workiem foliowym. Włączam reflektor. Nie ma już sensu się kryć. W ręku Krzysia błysnął stalą wędkarski nóż. W razie, czego będzie nim przecinał linki sieci uwalniając ryby. Ciekawe, co to będzie? Czy duża gałąź? Worek lub reklamówka foliowa? A może utopiona bestialsko wczesną wiosną i przypalona żywym ogniem marzanna? Czy może 32-ga sieć w tym roku? Przez te wszystkie lata różne cuda wyciągało się z wody. Jest 32-ga. Na pierwszy rzut oka widać, że to żaden szajs tylko porządny sprzęt.

— Oj ktoś dzisiaj będzie bardzo niezadowolony — stwierdza jak zwykle w takich okolicznościach Wiesiu ciągnąc z miną zwycięzcy sieć na pokład. Krzysztof roboty ma niewiele. Sieć musiała zostać postawiona całkiem niedawno. Kilkanaście leszczyków, dwa karpie i parę małych szczupaczków. Daniel powoli układa wolną od ryb sieć do worka.

— O jest kolejna — krzyczy Wiechu. Rzut oka pozwala zauważyć, że do jednej sieci dowiązana jest druga. Razem tworzą rząd na jakieś 100 metrów. Oświetlam wodę by stwierdzić gdzie i jak sieć była zastawiona.

— Opływamy wyspę — decyduję po namyśle.

Po zapakowaniu sieci do wora płyniemy powoli na małych obrotach. Każdy milczy w nerwowym wyczekiwaniu. Po 20 minutach silnik nagle gaśnie. O kurna chata tylko nie to! Podnoszę z rosnącym oporem kolumnę silnika. Już wiem, co mnie czeka. Na śrubie całkiem niezły kłąb nawiniętej stylonowej sieci.

— A żeby im ość w gardle stanęła — rzucił Krzyś przyświecający mi latarką. No tak, tu jest płycej a i sieć ma jakieś 2m. wysokości. Po dłuższej chwili, której czas odmierzano ilością słów ogólnie uznanych za skrajnie niecenzuralne udaje się uwolnić śrubę. Wiesiu zaczyna wyjmować sieć. Ryb znacznie więcej. Trafiają się całkiem pokaźne karpie. Tu również są dwie połączone ze sobą sieci. Te musieli założyć wcześniej, jako pierwsze.

— Już widzę ich smutne miny — rzekł Krzysiu z słabo ukrywaną ironią w głosie i nie bez złośliwej satysfakcji.

— No to w tym roku mamy więcej sieci niż w poprzednim — policzył Daniel. Ciekawe, dobrze to czy źle? Czy więcej stawiają czy też my jesteśmy skuteczniejsi? Tego nie dowiemy się chyba nigdy. Jak widać amatorów ryb nie brakuje. Oprócz wędkarzy i kłusowników jest jeszcze całkiem pokaźna grupa miłośników pożywnego, zdrowego i smacznego mięska ryb. Zwierzęta. Królem smakoszy wśród czworonogów jest bez wątpienia wydra. To śliczne i diabelsko inteligentne zwierze o towarzyskim usposobieniu jest prawdziwym utrapieniem dla hodowców ryb a zwłaszcza karpi. Płot czy siatka stanowiące ogrodzenie stawów nie stanowi problemu. Fundament pod płotem to też nie przeszkoda. Mały podkop i już karpik w zasięgu pyszczka. Duże ptaki drapieżne takie jak bielik czy rybołów również nie pogardzą karpiem z tym, że wbrew pozorom karp nie jest bez szans. Nie rzadko zdarza się, że młode ptaki nie stosują zasady by mierzyć siły na zamiary no i atakują znacznie większe ryby niż są w stanie podnieść. Po zaciśnięciu szponów na grzbiecie ryby drapieżnik taki musi szybko wzbić się w powietrze by nie zmoczyć zanadto piór. Nie jest w stanie wypuścić ryby bez pomocy dzioba, co normalnie czyni w gnieździe. Tego manewru nie wykona, gdy zaatakuje silnego karpia powyżej 2 kg i po prostu tonie. Do smakoszy ryb należy jeszcze dodać kanię czarną, kanię rudą, czaplę, kormorana, tracza nurogęś no i oczywiście latający klejnot naszych wód, czyli zimorodka, ale to już nieco mniejszy kaliber i druga liga. One wszystkie są usprawiedliwione gdyż natura do tego je przeznaczyła. Niestety wszystkie te zwierzęta z chronionym bobrem włącznie narażone są na okrutną śmierć w sieciach kłusowniczych. Do dziś pamiętam młodego rybołowa, który zapolował na rybę uwięzioną w sieci. Ostatni raz. Bolało tym bardziej, że to był „nasz” rybołów z jedynego gniazda w Borach Tucholskich.

Minęła godzina 2.30. Opłyneliśmy już cały Zalew. Czas kończyć imprezę. W chmurach pojawia się przerwa odsłaniając Księżyc. Można dać całą naprzód. Kto z miejscowych płynął nocą motorówką po Zalewie Żurskim w księżycowej poświacie? Ładnie i strasznie. Ten obraz będę miał kładąc się spać, a spać się chce jak cholera. Rano każdy musi iść do pracy walcząc jak lew z opadającymi powiekami, ale mając satysfakcję, że komuś znowu zrobiło się kuku. Że tym razem nikt nie gwizdnął nam karpia.