Opowiadanie pod tytułem "Oskar - leśniczy z Wyder" nosiło pierwotnie tytuł "Kręte losy leśnika. Wspomnienie o ojcu". Napisał je Andrzej Fogt (vel Vogt) syn leśniczego Oskara Vogta, liczący sobie dzisiaj 74 lata.

Historia leśniczego z Wyder

Pan Andrzej Fogt wyraził zgodę na zmianę tytułu swojego opowiadania. Ojciec Autora prezentowanych tu wspomnień Oskar Vogt był leśniczym w Państwowym Leśnictwie Wydry w latach 1927-1944. Wywodził się z rodziny o tradycjach leśnych, sam ukończył słynną Szkołę dla Leśniczych w Margoninie. Leśnictwo Wydry w tamtym czasie wchodziło w skład Nadleśnictwa Szarłata położonego na terenie Borów Tucholskich na Pomorzu. Dzisiaj jest to teren Nadleśnictwa Osie nadzorowany przez Regionalną Dyrekcję Lasów Państwowych w Toruniu.

Andrzej Fogt - syn leśniczego Oskara Vogta - autor opowiadania, którego druk rozpoczniemy w tym numerze Biuletynu.
Ta niezwykle ciekawa i dramatyczna biografia leśnika, wnosi dużo nowej wiedzy na temat specyfiki i uwarunkowań leśnictwa polskiego na terenie Pomorza i to zarówno w okresie międzywojennym, czyli w czasach pokoju i codziennej ofiarnej pracy leśniczego polskich Lasów Państwowych, jak i w szczególnie dramatycznych, często tragicznych - czasach wojny i okupacji.

Postać leśniczego Oskara Vogta, losy jego i jego rodziny zaciekawiają czytelnika. Ukazane jest życie człowieka zamiłowanego w lesie i swojej profesji. Żywot leśnika - dobrego organizatora leśnych prac gospodarczych, sprawiedliwego pracodawcy, życzliwego człowieka. Nazwisko, wyznanie, jak i odległe związki z narodowością niemiecką mogły budzić irracjonalny, nieuzasadniony dystans miejscowych Polaków, zaś nieukrywane sympatie i utożsamianie się Oskara Vogta z polskością - z kolei nieufność mniejszości niemieckiej, która zamieszkiwała okolice Wyder. Uwarunkowania te ukazały się szczególnie ostro w czasie wojny i okupacji niemieckiej.

Leśniczy Oskar Vogt opisany jest we wspomnieniach syna jako postać żywa, bardzo realistyczna. Z charakterystyki, w tym z konkretnych, udokumentowanych działań, wyborów i decyzji wyłania się człowiek prawy, uczciwy, odważny, niezłomny. W okolicznościach szczególnie trudnych, czasu wojny, gdy w grę wchodziło ludzkie życie - pomimo zachęty do wyborów łatwych i wygodnych - kierował się zawsze prawością, wybierał rozsądne rozwiązania, by na próżno nie narażać najbliższych, ale też innych ludzi. Taki, też piękny jest motyw wzajemnej miłości w rodzinie leśniczego. Harmonia, szacunek, otwarcie domu-leśniczówki na ludzi bliskich i dalszych, jak np. piękny wątek przyjaźni z inżynierem Hoffmanem - budowniczym elektrowni w Żurze, natomiast w czasie wojny odważna, choć tragicznie zakończona pomoc młodym Polakom-dezerterom z armii niemieckiej.

Autor opowiadania Andrzej Fogt (vel Vogt) przez większość zawodowego życia był ekonomistą i nie zajmował się pisaniem prac literackich. Tym bardziej godna uznania jest atrakcyjna forma wspomnień, przybierająca charakter niemal dokumentu historycznego. Ponieważ biografia leśniczego Oskara Vogta, zakończona jego tragiczną śmiercią, w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach, w nieznanym miejscu i w ostatnich miesiącach wojny, jest częścią historii Lasów Państwowych i leśnictwa na Pomorzu - podajemy ją do wiadomości Czytelników poprzez drukowanie w odcinkach w Biuletynie Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Toruniu. Opowiadanie to jest uzupełnione kilkunastoma fotografiami ze zbiorów rodziny Vogtów.

Trud i praca włożone przez Andrzeja Fogta w przygotowanie "wspomnienia o ojcu" zasługują na tym większe uznanie, że Autor jest człowiekiem schorowanym i porusza się wyłącznie na wózku inwalidzkim, przy pomocy zawsze ofiarnej żony Barbary. Również tą drogą składamy Panu Andrzejowi serdeczne podziękowanie za przypomnienie pięknej postaci jego Ojca - leśniczego Leśnictwa Wydry Oskara Vogta.

Redakcja Biuletynu Toruń, 22 lutego 2006 roku

Leśniczówka Wydry. 2005 rok. Fot. T. Chrzanowski

Andrzej Jacek Fogt vel Vogt[1]

Oskar - leśniczy z Wyder, Opowieść o ojcu[2]


Leśniczy Oskar Vogt.
1925 rok.

Dziękuję mojej żonie Barbarze za bieżące recenzowanie tekstu i fizyczną pomoc w wykonaniu pracy.
Andrzej Fogt Wilga, lipiec-październik 2005 roku

Oskar Vogt, mój ojciec, był leśniczym w Państwowym Leśnictwie Wydry od 1927 do 1944 roku. Zabrany przez władze niemieckie w Wejherowie, w lutym 1945 roku, zaginął bez wieści.

Oskar Otto Vogt

Sudety, ok. 1890 r. Od prawej: Maksymilian Vogt z ojcem (dziadkiem Oskara)

Urodził się 23 grudnia 1901 roku w Noworadomsku (dziś: Radomsko) w woj. łódzkim jako czwarte, najmłodsze dziecko leśniczego Maksa Vogta i jego żony Emilii z domu Loeffler. Ród Vogtów powoływał się na wieloletnią tradycję w zawodzie leśnika. Wywodził się z krainy Vogtland, położonej w Górnej Saksonii[3]. Vogtowie byli Niemcami. Legenda rodzinna głosi, że dziadek Oskara był w latach około 1850-1870 leśniczym w Szklarskiej Porębie (Oberscheiberhau) z siedzibą w leśniczówce o nazwie "Zum Hochstein", położonej przy drodze na górę Wysoki Kamień. Leśniczówki tej dziś już nie ma. Dopiero Maks spolszczył się, gdy w wędrówce za pracą dotarł na ziemie rdzennie polskie i ożenił się z wcześniej już spolszczoną Emilią (też przecież o obcym nazwisku rodowym). Ich dzieci zostały już wychowane i wykształcone w języku polskim. Karol, starszy o 10 lat brat Oskara, zabrany został w czasie Pierwszej Wojny Światowej do wojska rosyjskiego, gdzie zginął w rozruchach 1917 roku. Siostry Oskara: Zofia (ur.1895) i Aleksandra (ur.1898) wyszły za mąż i żyły w Polsce. Zmarły w Wołominie pod Warszawą w latach 60. XX wieku.

Uczniowie Państwowej Szkoły dla Leśniczych w Margoninie.Siódmy od lewej stoi Oskar Vogt

Wiedza Oskara o leśnictwie też w znacznej części pochodziła z podpatrywania pracy jego ojca. Nie wiem, co porabiał we wczesnym dzieciństwie, ale zapewne zahaczył o jakąś szkołę podstawową zarówno niemiecką, jak i rosyjską, bowiem porozumiewał się i umiał czytać w obu tych językach. Korzystał później z książek fachowych w tych językach, które miał w swojej, też zapewne rodzinnie zgromadzonej, bibliotece. Był jednak dzieckiem psychicznie "rozbitym" przez wydarzenia wojenne. Nie przykładał się jakoś szczególnie do nauki - tylko na tyle, na ile czuł, że określona wiedza może mu być do czegoś praktycznie przydatna. Stąd uzyskiwał tak zaskakująco różne oceny: niezbyt imponujące za naukę w szkole - ale na ogół dobre w pracy. We wrześniu 1916 roku zdał i został przyjęty do trzeciej klasy "ośmioklasowej Wyższej Szkoły Realnej w Wieluniu" (jest to późniejsza polska nazwa tej szkoły uwidoczniona na świadectwie, ale przecież w 1916 roku nie mogła to być szkoła polskojęzyczna). W szkole tej wytrwał trzy lata, chyba nawet któryś rok nauki powtarzał, bo z datą 29 kwietnia 1921 roku dostał świadectwo stwierdzające, że 25 września 1920 roku "wystąpił ze szkoły przed ukończeniem całkowitego kursu nauk z klasy piątej i... promocji do klasy szóstej nie otrzymał".

Droga do Wyder

Z kolejnych dokumentów Oskara Vogta wynika, że na złożoną przez siebie prośbę został przez Dyrekcję Lasów Państwowych w Bydgoszczy przyjęty i skierowany do odbycia praktyki od 1 października 1921 roku w Państwowym Nadleśnictwie Bydgoszcz. W innym dokumencie napisano później, że "pełnił służbę" w tym okresie w leśnictwach Biedaczkówka i w Żorkowie z dobrą opinią i oceną kwalifikacji. Jako szeregowiec ukończył 15 grudnia 1922 r. czteromiesięczny kurs Szkoły Podoficerów Gospodarczych Okręgu Korpusu Nr III w Grodnie "z postępem bardzo dobrym". W kolejnym dokumencie pisanym odręcznie z 25 stycznia 1923 r. nadleśniczy Nadleśnictwa Bydgoszcz prosi Dyrekcję Lasów Państwowych w Bydgoszczy o przyjęcie powracającego z wojska Oskara Vogta nadal w charakterze praktykanta leśnego i skierowanie go do Nadleśnictwa Bydgoszcz, w związku z przyłączeniem do tegoż "Rewiru Zamość, który pozostaje bez jakiejkolwiek ochrony".

Pismem z 27 października 1923 r. Dyrekcja Lasów Państwowych w Bydgoszczy zawiadamia Oskara Vogta o przyjęciu go na jednoroczny kurs w szkole dla leśniczych państwowych w Margoninie z dniem 5 listopada 1923 r. W piśmie tym "Zwraca się uwagę, że w bieżącym roku szkolnym ... uczniowie będą musieli utrzymać się w szkole na własny koszt". 27 sierpnia 1924 r. Oskar Vogt otrzymuje świadectwo, że ukończył w 1924 r. jedenastomiesięczny kurs szkoły dla leśniczych w Margoninie "z postępem dobrym i odbył przepisaną jednoroczną praktykę leśną w Nadleśnictwie Bydgoszcz". W nawiązaniu do tego pisma Nr 7079/24/D z 3 września 1924 r. Oskar Vogt został przyjęty "natychmiast do eksploatacji Lasów Państwowych Nadleśnictwa Bydgoszcz ... z uposażeniem XII gr." na stanowisku pomocnika leśniczego. A po dwóch latach pracy pismem Nr 3465/26 Os. z dnia 31 grudnia 1926 roku Dyrektor Lasów Państwowych w Bydgoszczy przenosi Oskara Vogta "z urzędu z Leśnictwa Smolarnia do Leśnictwa Wydry w Państwowym Nadleśnictwie Szarłata z zachowaniem dotychczasowego charakteru służbowego i uposażenia... (gwarantując, że) należne koszta przeniesienia zostaną zwrócone...". W czerwcu 1927 roku Oskar Vogt złożył egzamin dla leśniczych państwowych z wynikiem ogólnym dobrym (pismo Dyrektora L. P. w Bydgoszczy Nr 1767/27/0 z dnia 27 czerwca 1927 r.), w następstwie czego pismem Nr 4300/0/28 z 28 listopada 1928 roku dyrektor DLP w Bydgoszczy mianuje go leśniczym Leśnictwa Wydry w Państwowym Nadleśnictwie Szarłata w XI stopniu służbowym. Kolejnym pismem Nr 4951/0/28 z 31 grudnia 1928 przyznaje mu X stopień służbowy.

Leśniczy Eckert

Na pierwszym spotkaniu z nadleśniczym w Szarłacie, na początku stycznia 1927 roku, czekała Oskara niemiła wiadomość. Otóż jego poprzednik na Leśnictwie Wydry, leśniczy Eckert, został zamordowany w lipcu poprzedniego roku i od tego momentu leśnictwo pozostawało bez opieki. Eckert, człowiek już starszy, Niemiec, pozostawał na stanowisku od czasów zaboru niemieckiego. W leśniczówce mieszkał sam z kobietą, która prowadziła mu gospodarstwo. Rodzinę miał w Niemczech. Według relacji gosposi, w krytycznym dniu do leśniczówki przyszło dwóch mężczyzn w średnim wieku, którzy prosili o wskazanie im drogi do sąsiedniego majątku Spławie. Powiedzieli, że idą od Tlenia wzdłuż prawego brzegu rzeki Wdy. Zostali jeszcze poczęstowani jakimś jadłem i napojem, po czym leśniczy Eckert wziął swą strzelbę i poprowadził ich na krótszą ścieżkę do celu, wiodącą skrajem lasu, wysoką skarpą nad rzeką. Gdy podeszli na brzeg skarpy, zaledwie 150 m od leśniczówki, Eckert został znienacka uderzony z tyłu w głowę i stracił przytomność. Napastnicy zabrali mu broń, pieniądze, co wartościowsze rzeczy i pozostawili w lesie. Gdy odnalazła go gospodyni, zaniepokojona przydługą nieobecnością, biedak już nie żył. Rodzina, wezwana z Niemiec, zlikwidowała gospodarstwo w leśniczówce i zabrała zwłoki. Miejsce zdarzenia w lesie zostało oznaczone symbolicznym obramowaniem grobu zębatym płotkiem i wykonanym z wkopanych kantem cegieł. Nie wiem kto to obramowanie zrobił - Oskar, czy ktoś przed nim. Było ono jednak corocznie starannie konserwowane i pobielane wapnem. W czasie działań wojennych, w styczniu 1945 roku, w miejscu tym ustawiona była radziecka bateria armatek przeciwlotniczych. Okopy baterii zniszczyły oznaczenie miejsca. Pozostały po nim tylko porozrzucane cegły. Ojciec mój nie zdołał przekazać swemu następcy tradycji tego miejsca. A ja, jako 13-letni dzieciak, nie wpadłem na pomysł rozmowy z nim, choć o miejscu doskonale wiedziałem i sam tam byłem. Dziś pewnie wszystko pokryło igliwie rosnących tu sosen.

Oskar Vogt zabrał z nadleśnictwa mapę lasu, klucze do zabudowań leśniczówki oraz wykaz co pilniejszych zadań i wyruszył do Wyder. Zabudowania puste, bez podstawowych sprzętów wyposażenia domowego i gospodarczego, bez niezbędnych zapasów opału, zboża i siana, nie nadawały się do natychmiastowego zamieszkania w warunkach zimowych. Z tym trzeba było zaczekać do wiosny. Na razie wynajął sobie pokój w murowanym budynku jednego z najbogatszych gospodarzy w sąsiedniej wsi Wałkowiska i zabrał się do pracy w lesie.

Zielone królestwo Oskara

Droga leśna w Leśnictwie Wydry. 1932 rok

Lasy Leśnictwa Wydry rozciągają się na południowo-wschodnim skraju Borów Tucholskich. Rozłożone malowniczo na obszarze około 2 300 ha (23 km2) falistego płaskowyżu, otoczone były wówczas od południa glebami uprawnymi majątku Spławie (dziś całkowicie zalesionymi), od zachodu ziemiami majątku Sierosław, a od północnego-zachodu przechodziły w lasy Leśnictwa Skrzyniska (przemianowanego dziś na Leśnictwo Zalesie). Granicę wschodnią Leśnictwa Wydry wyznaczała szeroka na 4-5 m rzeka Wda (Czarna Woda), płynąca tu wartkim strumieniem wyżłobioną przez siebie od tysięcy lat, wgłębioną na 30-40 m poniżej wspomnianego płaskowyżu doliną, rozległą przeciętnie na 100-150 m. Krajobraz obszaru leśnictwa urozmaicają ukryte głęboko w lesie, trzy morenowe jeziorka śródleśne, odsyłające nadmiary swych wód uroczo szumiącymi, płytkim lecz wartkimi strumykami leśnymi do rzeki Wdy.

Po lewym brzegu Wdy rozciągały się lasy leśnictwa i Nadleśnictwa Osie. Obszar Leśnictwa Wydry pokryty był głównie lasem sosnowym o dużej rozmaitości wiekowej, stosownej do systematycznie prowadzonych wyrębów i zalesień. Szczególnie malownicze były znaczne obszary (wówczas około 30 proc. całości leśnictwa) porastania starych, blisko 200-letnich sosen. Rosły one w kilkunastometrowych odstępach, wypełnionych obfitym poszyciem z jałowców, leszczyn, jarzębiny i różnych innych krzewów liściastych. Były to zawsze dzikie samosiejki. W podłożu tych widnych, słonecznych oddziałów lasu obficie rosły mchy i wrzosy, kwitły przylaszczki, konwalie i wielobarwne dzikie łubiny oraz rosły i obficie owocowały czarne jagody, poziomki, maliny, jeżyny oraz różne grzyby, zwłaszcza prawdziwki i kurki, rzadziej kozaki. Były to najbogatsze kwartały lasu i dla ludzi, i dla zwierząt. Lasy sosnowe z młodszych zasadzeń rosły gęściej, stosownie do wieku i miały podłoże i poszycie odpowiednio mniej prześwietlone i obfite. Obok lasów sosnowych w Leśnictwie Wydry rosły w zwartych oddziałach kilkudziesięcioletnie dęby i świerki. Brzozy, osiki, akacje, lipy, modrzewie, daglezje i buki rosły w rozproszeniu i raczej w przypadkowych miejscach. Nad brzegami jezior i rzek porastały obficie olchy, a blisko z nimi sąsiadowały graby.

Pierwsza Wojna Światowa nie wyrządziła w lasach Leśnictwa Wydry jakichś zasadniczych szkód, choć zaraz po jej wybuchu Niemcy wybudowali przez środek leśnictwa wypoziomowaną, bitą drogę żwirową, zwaną wówczas z niemiecka kisówką, doprowadzoną do szosy w majątku Spławie, specjalnie dla potrzeb wywozu drewna ze zrębów. Droga potem była zawsze starannie konserwowana i znacznie ułatwiała komunikację w gospodarstwie leśnym. Od kilkunastu lat droga ta wylana została asfaltem i zamieniona w drogę publiczną, łączącą szosę w Spławiu z osadą Grzybek i przez most nad rzeką Wdą (dziś Zalewem Żurskim) z miasteczkiem gminnym Osie. Z punktu widzenia ochrony lasu i zwierzyny leśnej, mam wątpliwości, co do słuszności takiego rozwiązania komunikacyjnego. Ale to już inny temat.[4]

Bogatą faunę lasów Leśnictwa Wydry tworzyły sarny, dziki, zające, lisy, kuny, borsuki, wiewiórki i jeże. Spośród gadów i płazów spotykało się żaby, jaszczurki, padalce i rzadko żmije. Do 1930 roku na rykowisko położone na podmokłej, pobagiennej śródleśnej łące, przychodziły jelenie. Do tegoż roku pod skarpą leśną nad rzeką Wdą, obok leśniczówki, mieszkała rodzina wyder. One to były chyba patronkami nazwy tego miejsca. Zimą 1928/1929 roku ojciec mój spotkał w lesie wydrzańskim ślady wilka, ale ten więcej się tu nie pokazał. Później, zimą 1940 roku do lasów Wyder sprowadziło się stadko danieli, które odtąd zasiedliły się tu na stałe. Wśród bogatego ptactwa zauważało się wrony, jastrzębie, kruki, sowy, sroki, sójki, dzięcioły, kukułki i liczne gatunki drobnych ptaków leśnych. Wiosną, na przelotach spotykało się słonki, bociany i dzikie gołębie. Na jeziorach i nad rzeką Wdą gromadziły się dzikie kaczki, a w wodzie raki. Dusza się mojemu ojcu radowała, gdy zachwycał się bogactwem i różnorodnością majątku leśnego, powierzonego tu jego opiece. W duchu przyrzekał zwierzętom i roślinom ukochanego przezeń lasu, troskliwą i serdeczną opiekę. Wytrwał tam przez ponad 17 lat.

Leśniczówka Wydry

Leśniczówka Wydry
1931 rok

Leśniczówka Wydry i jej obiekty gospodarcze wybudowane zostały pod lasem na rozległej polanie, położonej w dolinie w zakolu rzeki Wdy, obok wsi Wałkowiska. Najbliższe zabudowania wsi widać było z leśniczówki na wzgórzu (grzbiecie płaskowyżu) za rzeką Wdą, w odległości około 800 m. Murowany dom mieszkalny leśniczówki postawiony był na wysokim fundamencie z dużych głazów granitu łupanego, podpiwniczony, miał wysoki stromy dach, kryty ciemnoczerwoną cementową dachówką. Fundament budynku poziomował spadek gruntu: od 0,8 m od strony lasu do 1,5 m od strony rzeki. Z szerokiego, 7-metrowego podjazdu od bramy, pięć kamiennych schodów wiodło na niewielki ganek z dwoma ławeczkami po bokach, a stąd grube, dębowe drzwi wprowadzały do dużej sieni. Drzwi wewnętrzne z sieni prowadziły wprost do kancelarii leśniczego, do kuchni, do największego pokoju (gościnnego) oraz na ukryte w ścianie schody do piwnicy i na piętro. Pozostałe pomieszczenia parteru: dwa dalsze pokoje mieszkalne oraz pokój gospodarczy (łazienka, spiżarnia), rozmieszczone były w amfiladzie, z wejściem przez kuchnię lub pokój gościnny. Drzwi wejściowe do budynku zrobione były z drewna dębowego i zamykane na ciężki, mosiężny klucz. Wszystkie okna parteru zabezpieczono solidnymi okiennicami, zamykanymi od wewnątrz. Była to mała, podleśna forteca.

W kancelarii leśniczego wisiał na ścianie telefon. Była to zgrabnie wymodelowana, elegancko fornierowana skrzynia drewniana wysoka około 50 cm, szeroka 30 cm i tyleż głęboka. Na jej froncie w górnej części umieszczony był dzwonek oraz pantograf podtrzymujący mikrofon, który można było przesuwać w górę lub w dół, stosownie do wzrostu rozmówcy. Z boku skrzyni wystawała korbka oraz ruchome widełki, na których zawieszona była słuchawka. Wnętrze skrzyni wypełniały techniczne zespoły telefonu, a w dolnej części dwa szklane akumulatory. Podniesienie słuchawki telefonu z widełek i zakręcenie korbką, wywoływało łączniczkę w centrali telefonicznej w Osiu, która łączyła rozmówcę z żądanym numerem. Odwieszenie słuchawki i zakręcenie korbką po rozmowie, sygnalizowało centrali zakończenie rozmowy. A donośny głos dzwonka telefonu słychać było w całym domu, bez względu na pozamykane drzwi. To był dopiero zabytek! Pochodził zapewne z lat przed Pierwszą Wojną Światową. Działał sprawnie jeszcze w 1944 roku. Nie sądzę jednak, by ktoś zachował go jako pamiątkę. A napowietrzna linia telefoniczna biegła od majątku Spławie, przez las.

Na piętrze budynku był jeden pokój mieszkalny z dwoma oknami, wychodzącymi na rzekę i widoczne za nią na wzgórzu zabudowania wsi Wałkowiska. Boczne drzwi z tego pokoju wiodły do przyległego magazynku na poddaszu. Obok schodów mieściła się pojemna wędzarnia mięs. Pozostała powierzchnia piętra oświetlona tylko jednym oknem, wychodzącym nad gankiem na podwórko i las, mogła być dowolnie wykorzystana. W kilka lat później Oskar dobudował tu jeszcze jeden pokój (bez pieca) dla przyjmowanych czasami latem gości. Na poziomie drugiego piętra, na poddaszu, znajdował się spichlerz na ziarno zbóż, o wymiarach 5 na 9 m. Wszystkie pomieszczenia mieszkalne budynku ogrzewane były piecami kaflowymi, opalanymi drewnem. Również duża płyta kuchenna (wówczas jeszcze nawet bez fajerek), opalana była drewnem. O ile pamiętam z roku 1938, to deputat leśniczego wynosił 14 m przestrzennych drewna opałowego w roku, co na ogół wystarczało na pokrycie potrzeb ogrzewania mieszkania i gotowania pokarmu dla mieszkańców i inwentarza w gospodarstwie.

Przed domem rozciągało się podwórko z bramą i podjazdem pod schody ganku, a przed nim spory ogród warzywny. W kącie podwórka, przylegającego tu do sąsiedniego podwórza zabudowań gospodarczych, umieszczona była studnia wyposażona w ręczną pompę. Było to jedyne źródło wody dla celów domowych i gospodarczych (nie licząc rzeki i strumyka na pobliskiej łące). Podręczną rezerwę wody w kuchni mieściła 300-litrowa beczka, dopełniana w miarę potrzeby wodą, donoszoną wiadrami z pompy.

Od pozostałych trzech stron dom otoczony był trawnikiem, z rzadka obsadzonym wysokimi drzewami owocowymi. Przy lewym tylnym rogu budynku rósł 30-letni wówczas cis, a obok niego duże krzewy bzu niebieskiego i jaśminu. Od strony przechodzącej obok drogi szerokim, metrowym pasem zasadzony był żywopłot wysokości do 1,5 m z krzewu, którego nazwy nie pamiętam, ale który jesienią miał obfite białe miękkie kulki owoców, zwane przez nas - dzieci - śnieguliczkami. Całość otoczona była płotem drewnianym.

Od bramy leśniczówki prowadziły dwie drogi w las oraz ścieżka przez pole i pieszy tylko mostek na rzece Wdzie do wioski Wałkowiska. Droga leśna "pod górę" wchodziła w las, w odległości około jednego kilometra przecinała bitą żwirówkę i nad jeziorem Sierosławek wiodła do wsi Sierosław za lasem. Droga od leśniczówki "w dół" prowadziła po skraju leśnej skarpy nad łąką przez mostek na leśnym strumyku do dość stromego w tym miejscu i kamienistego podjazdu, gdzie łączyła się z bitym traktem żwirówki. Była to jedyna droga dojazdowa do leśniczówki Wydry dla transportu kołowego, dostępna od strony Spławia.

Na przeciwko bramy leśniczówki, na podwyższonej skarpie pod lasem, stał podpiwniczony budynek o wymiarach 8 na 5 m, murowany z czerwonej cegły. Miał on tylko glinianą podłogę i duży piec do pieczenia chleba, z niewielkim paleniskiem kuchennym obok. Budynek ten nazywany był piekarnikiem i służył wówczas często za podręczny magazyn leśniczówki dla różnych materiałów i narzędzi do gospodarki leśnej. Obok, pod wzniesieniem rosła kępa starych świerków, a poniżej przy drodze "w dół" piękny modrzew i dwa dorodne, już wówczas obficie owocujące, kasztanowce. Wszystkie te obiekty otoczenia tworzyły razem malownicze piękno tego zakątka pod lasem.

Wydry, 1929 r. W zbożu przy drodze matka Oskara - Emilia Vogtowa

Gospodarstwo rolne leśniczówki rozciągało się na przylegającej do niej obszernej polanie, wyżłobionej przez tysiąclecia w zakolu rzeki Wdy i wpadającego do niej w tym miejscu strumyka, płynącego przez las z jeziora Sierosławek przez jeziorko Gąsiorek Mały. Obejmowało ono obszar nieco ponad sześciu hektarów, w tym około trzy hektary łąk. Rozległa łąka rozciągała się w głębokim zakolu doliny wzdłuż strumyka, wypływającego z lasu pod drogowym mostkiem. Łąka ta była podmokła, na podłożu torfowym, miejscami zakwaszona i wręcz bagienna. Ale ukryta w zacisznym zakątku leśnym, była ulubionym miejscem żerowania saren. Wychodziły tu z przylegającego lasu codziennie przed wieczorem całym stadem. Z ganku leśniczówki był to wspaniały widok. Zawsze na zimę pozostawiało się tam sarnom sporą kopkę siana.

Zabudowania gospodarcze leśniczówki, rozmieszczone na odrębnym, ale przylegającym podwórzu o wymiarach około 50 na 25 m, obejmowały murowany budynek dla inwentarza kryty dachówką, oraz postawiony po przeciwległej stronie podwórza drewniany budynek stodoły, kryty papą. Pośrodku podwórza, przed budynkiem dla inwentarza zagłębione było, wybrukowane kamieniem, tzw. kocimi łbami, duże składowisko gnoju. Budynek dla inwentarza mieścił oborę dla 6-8 sztuk bydła, chlew dla około 15 świń i kurnik dla drobiu. Nad pomieszczeniami dla inwentarza, na poziomie piętra, mieściły się składowiska paszy, zrzucanej do karmników przez otwory w suficie. Żłoby pokarmowe były wszędzie murowane jakimś pierwowzorem lastriko.

Budynek stodoły miał dwa wysokie dwuskrzydłowe wrota: od podwórza, z wciętymi drzwiami wejściowymi oraz od strony pola. Umożliwiało to płynny przejazd rozładowywanych furmanek (fur) przez utwardzone szerokie klepisko stodoły. Po obu stronach klepiska mieściły się składowiska i sąsieki na siano, zebrane zboża, a potem na słomę. Młocka cepami odbywała się na klepisku, a później, gdy używana była już młockarnia mechaniczna z napędem spalinowym, za wrotami stodoły w polu. Do budynku stodoły przybudowana była z lewej strony duża drewutnia, z drugiej zaś porządny drewniany wychodek z okienkiem "karo" w drzwiach.

Po liniach zewnętrznego skraju budynków gospodarczych, z nieco wydłużonym obszarem wewnętrznego podwórza - obiekty gospodarcze otoczone były parkanem drewnianym z dwoma bramami: "do drogi" i "w pole" (droga wywozu gnoju i zwózki zbiorów). Obszerna furta komunikacyjna z podwórkiem domu mieszkalnego, dawała dostęp do wody ze studni dla inwentarza oraz umożliwiała dowożenie dla niego wózkiem gotowanej lub podgrzewanej karmy z kuchni. Jak na obiekty, wybudowane w ostatnich latach XIX wieku, było to gospodarstwo nowocześnie wyposażone, umożliwiające całkiem sprawną organizację pracy.

Przyjazd rodziców

Leśniczówka Wydry, 1928 rok. Od lewej: Oskar Vogt, jego matka - Emilia z Zofią Walterówną, Halina Walterówna, siostra Oskara - Zofia, siedzi Joanna Walterowa z synem Tadeuszem oraz ojciec Oskara - Maksymilian Vogt

Wiosną 1927 roku Oskar sprowadził z Bendusza (koło Myszkowa) do Wyder swoich rodziców. Jego ojciec akurat wtedy przechodził na emeryturę. Rodzice przywieźli ze sobą wiele swoich sprzętów i przedmiotów wyposażenia. Pomogli mu zorganizować gospodarstwo domowe i rolne w nowym miejscu: zakupić krowę, kilka prosiaków, kilka kur, zorganizować pierwsze siewy i zbiory. Leśniczówka Wydry zaczęła na nowo żyć.

Leśniczy Oskar skupiał uwagę przede wszystkim na zadaniach w gospodarce leśnej. Do gospodarstwa rolnego nigdy nie miał serca. Zajmował się nim tylko na tyle, na ile naprawdę musiał. Do robót polowych, siewów, zbiorów, omłotów itp. najmował ze wsi gospodarza z końmi oraz robotników do prac zadaniowych. Często zdawał się na ich doświadczenie i inicjatywę. Działał też według podpowiedzi swoich rodziców oraz zaprzyjaźnionego gospodarza ze wsi. Do codziennej obsługi inwentarza i innych zadań przydomowych najął za kilka złotych wynagrodzenia i wyżywienie, parobka "na przychodne" oraz kobietę "na stałe" do prowadzenia gospodarstwa domowego. O ludzi do pracy było łatwo. Bezrobocie i bieda na wsi "aż piszczały".

Młody, wysoki (192 cm), przystojny leśniczy, na stanowisku państwowym, gwarantującym stałą pensję miesięczną, dysponujący dobrze wyposażonym gospodarstwem rolnym leśniczówki, stanowił łasy kęsek małżeński dla licznych panien z "dobrych domów" w okolicy. Był z takim zamiarem wielokrotnie zapraszany do różnych domów po wsiach i w miasteczkach w okolicy. W rolę swatów angażowali się też jego koledzy -leśnicy, którzy uważali, że w leśniczówce musi być pani domu, żona. Lecz Oskar był wybredny, grymasił. Zanim się ożenił, minęło jeszcze kilka lat. A jak żartobliwie opowiadał, takich bezowocnych wizyt "w zalotach" naliczył szesnaście.

Będzie elektrownia w Żurze

Budynek elektrowni w Żurze od strony dolnej wody. 1936 r.Fot. Ludwik Chrzanowski

Epokowym zdarzeniem w historii leśniczówki Wydry, które wywarło znaczący wpływ na warunki życia, a nawet na późniejsze losy jej mieszkańców, było spotkanie leśniczego Oskara Vogta z budowniczym elektrowni w Żurze inż. Alfonsem Hoffmannem, jesienią 1927 roku. Na podstawie Uprawnienia Rządowego nr 46 z dnia 14 września 1927 roku, podjęte zostały prace nad budową drugiej (po elektrowni z 1923 r. w Gródku) elektrowni wodnej na rzece Wdzie. Była to wówczas inwestycja o kluczowym znaczeniu dla energetyki Pomorza i budowy portu morskiego w Gdyni. Na podstawie badań geologicznych wybrano pod lokalizację zapory wodnej miejsce, w którym dolina rzeki była najbardziej zwarta (najwęższa), w odległości około 800 m od leśniczówki Wydry. Kanał długości 900 m przekopany przez płaskowyż wsi Wałkowiska, doprowadza spiętrzoną wodę ze zbiornika pod zaporą do siłowni elektrowni, zlokalizowanej na zachodnim skraju tego płaskowyżu, prawie naprzeciw leśniczówki Wydry - w odległości około 700 m. Główny strumień rzeki, skierowany w kanał elektrowni, omija teraz odcinek rzeki Wdy, okalający dotąd od południowego wschodu pola i łąkę leśniczówki Wydry. Fragment ten przekształcił się odtąd w stare koryto Wdy długości około 1200 m, które sennie toczy niewielkie ilości wody, celowo przepuszczane przez śluzy zapory dla przepływu ryb, a czasem też odprowadza nadwyżki wody, w przypadkach potrzeby regulacji poziomu wody w zbiorniku (powódź, remont turbin, itp.).


Jesień 2005 r. Żur - zapora na Wdzie Fot. T. Chrzanowski
Jesień 2005 r. Widok na Zalew ŻurskiFot. T. Chrzanowski

Inwestycja ta spowodowała istotne zmiany w środowisku naturalnym tego zakątka Borów Tucholskich. Ważniejsze z nich to[5]: podniesienie poziomu zwierciadła wody rzeki Wdy o 15 m, zalanie doliny rzecznej i jej, w znacznej części lesistych zboczy, na obszarze około 460 tyś ha, utworzenie rozległego sztucznego jeziora zwanego Zalewem Żurskim o długości 12 km i 448 ha powierzchni lustra wody[6], wykreowanie Tlenia do roli popularnej miejscowości letniskowej w Borach Tucholskich. Przyczyniło się to również do promocji walorów turystycznych gminy Osie, a szerzej także całych Borów Tucholskich. Zmiany dotknęły też bezpośrednio środowiska Leśnictwa Wydry. Jelenie przestały przychodzić na swoje tradycyjne rykowisko. Pewnie wody Zalewu Żurskiego odcięły im drogę przez Wdę. Nie wiadomo też czemu w lasach leśnictwa przestały się pojawiać cietrzewie. Wydra wyniosła się ze swej kryjówki pod skarpą leśną nad strumykiem, przy jego ujściu do Wdy - zakwestionowała zapewne obniżenie w tym miejscu poziomu wody w starym korycie rzeki i wynikłe z tego zmniejszenie zasobów ryb. Ponadto, tradycyjnie obfite ptactwo nadrzeczne Wdy przeniosło się albo co lasu nad zalew, albo wręcz wywędrowało w inne okolice. Za to nad starym korytem rzeki pojawiały się teraz zimą corocznie znaczne ilości zimujących tu dzikich kaczek, które korzystały z dostępu do odmrożonych z lodu połaci cieplejszej wody, odbijanej tzw. cofką w górę starego koryta z wylotu turbin elektrowni, przy pracy obu turbin nocą.

Na ponad czterokilometrowym odcinku prawego brzegu Wdy, budowa zbiornika wodnego i zamykającej go zapory prowadzona była na terenach lasu Leśnictwa Wydry. Z ramienia Lasów Państwowych leśniczy Oskar Vogt brał udział w wytyczaniu linii brzegowej przyszłego zbiornika, a następnie kierował usuwaniem krzewów i drzew z obszaru zalewu. Dno zalewu nie było zrywane i kształtowane, jak to się dziś robi na analogicznych budowach. Wykonawca nie dysponował wówczas sprzętem technicznym do prowadzenia takich prac ziemnych, na tak dużym obszarze. A przy tym inwestor bardzo się spieszył. Do programu przyjęto, że całe zadanie zrealizowane zostanie w ciągu dwóch lat. Tego prądu potrzebowała Gdynia! Z obszaru przyszłego dna zalewu drzewa i wszelkie krzewy były tylko wycinane i usuwane - bez karczowania pni. Na płytszych przybrzeżnych fragmentach zbiornika pozostawione pnie drzew są do dziś jeszcze podobno widoczne w przejrzystej wodzie.

Inżynier Hoffmann i światło w leśniczówce

Inżynier Alfons Hoffman. 1929 rok

W toku realizacji tych zadań leśnych Oskar nieraz spotykał się z inż. Alfonsem Hoffmannem, który kierował projektem, a potem realizacją całego zadania inwestycyjnego. Obaj panowie przypadli sobie do gustu, zaprzyjaźnili się, choć stosowny dystans został na zawsze zachowany. Ojciec nie zwracał się nigdy inaczej, niż per "panie inżynierze". Zaczęli razem spędzać czas również pozasłużbowy. Ojciec wspominał mi, jak to oprowadzał inżyniera Hoffmanna po różnych ciekawszych obszarach Leśnictwa Wydry, jak zimą 1927 roku polowali razem na kaczki nad zatopionymi potem brzegami Wdy. W spotkaniach tych rozmowa schodziła często ze spraw służbowych na różne inne tematy życia codziennego. W toku którejś z tych rozmów inż. Hoffmann napomknął, że w obecnym miejscu swego zakwaterowania służbowego nie ma wygodnych warunków do pracy i wypoczynku. Oskar się nie zastanawiał, w swoich decyzjach często bywał bezpośredni, żywiołowy, impulsywny. Zaprosił inżyniera do zamieszkania w leśniczówce. Miejsca jest dość, opału na zimę nie zabraknie, a wyżywienie i obsługa też się znajdzie. O zapłacie oczywiście nie ma mowy. Nie będzie to wynajem. Leśniczy przecież może przyjmować gości.

Wydry, lipiec 1929 r. Na spacerze od prawej: Zofia Walterówna, Emilia Vogtowa, Tadeusz Walter, Oskar Vogt, Halina Walterówna oraz Maksymilian Vogt i Jan Walter

Inżynier Hoffmann propozycję Oskara przyjął bez większego wahania. Zima 1927/1928 roku była ostra. A budynek leśniczówki murowany, ciepły, pokój wygodny i blisko do miejsca realizowanej budowy. Zamieszkał w dużym pokoju ogrzewanym piecem kaflowym na pierwszym piętrze leśniczówki, z dwoma oknami, wychodzącymi na rzekę i budowaną za nią elektrownię. Inżynier mieszkał i pracował w leśniczówce od późnej jesieni 1927 roku do wiosny 1929 roku, dopóki nie otrzymał zakwaterowania w budowanym właśnie pensjonacie elektrowni. Zaprzyjaźniony jednak już z mieszkańcami leśniczówki, często do niej zaglądał. Chyba w rewanżu za gościnę przy świecach i lampach naftowych w długie jesienne i zimowe wieczory, inż. Hoffmann postanowił leśniczówkę Wydry zelektryfikować! Wystąpił sam z kosztorysem ofertowym do Nadleśnictwa Szarłata, ale otrzymał stamtąd odpowiedź odmowną. Nadleśnictwo nie miało środków na taki luksus. Zresztą samo tonęło w nocnych ciemnościach. Inne leśniczówki na całym Pomorzu też nie miały elektrycznego światła i Wydry, choć są tak blisko budowanej elektrowni - też go mieć nie muszą! Oburzył się Hoffmann na taką ciemnotę argumentów i postanowił, że w takim razie sfinansuje zelektryfikowanie leśniczówki Wydry ze środków realizowanej inwestycji. Jak postanowił, tak zrobił. Sam wykonał projekt techniczny linii doprowadzającej energię od elektrowni oraz instalacji licznika i sieci elektrycznej w obiektach leśniczówki. Światło otrzymały wszystkie pomieszczenia parteru, piętra i piwnicy budynku mieszkalnego, wszystkie pomieszczenia budynku dla inwentarza oraz punkty świetlne nad gankiem na podwórku przed domem mieszkalnym i przed budynkiem inwentarza w podwórzu gospodarczym. W każdym pomieszczeniu zainstalowany był włącznik, punkt świetlny i jedno gniazdko wtykowe dla dodatkowego odbiornika prądu. Już latem 1929 roku stanęły słupy linii elektrycznej w polu, jesienią zainstalowano przewody linii doprowadzającej i sieci odbioru prądu, a z chwilą uruchomienia pierwszej turbiny Elektrowni Żur 22 grudnia 1929 roku, światła elektryczne rozświetliły też zabudowania leśniczówki Wydry! To dopiero były Święta! Była to wówczas pierwsza i jedyna na Pomorzu, a być może nawet w całej Polsce, leśniczówka oświetlona światłem elektrycznym. Nie dziw zatem, że osiągnięcia tego zazdrościli Oskarowi wszyscy jego koledzy - leśnicy. I zapewne nie tylko oni.

Emilia Vogtowa, matka Oskara.
1937 rok

Gdy tylko na wiosnę 1928 roku na wzgórzu za rzeką, naprzeciwko leśniczówki zaczął się ruch wokół budowy elektrowni, matka Oskara - Emilia Vogtowa natychmiast wyczuła szansę. Z pobliskiego majątku w Spławiu zakupiła sześć mlecznych krów, kilka sporych już prosiąt i znaczne stadko kur niosek. Zatrudniła sobie do tego stosowne grono służby i produkcja żywności ruszyła całą parą. Do wyposażenia technicznego gospodarstwa zakupiła też dwie poręczne maszyny: centryfugę do odwirowania śmietany z mleka oraz masielnicę do ubijania masła. Obie maszyny miały pionowo na osi osadzone bębny aluminiowe o pojemności około ośmiu litrów, wprawiane w ruch wirujący za pomocą ręcznej korby i przekładni z kół zębatych. Centryfuga zlewała oddzieloną od mleka śmietanę do osobnego zbiorniczka. Zależnie od długości czasu wirowania, odcedzone mleko pozostawało z mniejszą lub większą zawartością tłuszczu. Masielnica o podobnej konstrukcji i tylko innym wyposażeniu wnętrza bębna wirówki, ubijała w krótkim czasie i bez większego wysiłku masło z zebranej śmietany. Ponieważ proces ten też nie był zbyt precyzyjny, po wyjęciu z bębna kuli masła, zostawała w nim gęstawa, wspaniała maślanka z pływającymi w niej jeszcze drobnymi grudkami masła. Maślanka ta była rarytasem sama w sobie, chętnie spożywanym przez domowników, jak i nabywanym przez odbiorców. A rynek chętnych nabywców - wypiekanego w domu chleba, mleka, śmietany, masła, maślanki, jajek, a od czasu do czasu i mięsa z bitych świń własnego chowu - rozwijał się za rzeką Wdą. Ludzie tam pracowali, zarabiali i chcieli jeść, a świeże produkty z pobliskiej leśniczówki bardzo im smakowały! Interes kręcił się na wysokich obrotach. Oskar się w te przedsięwzięcia gospodarcze nie angażował. Zjadł, gdy mu pod nos podstawili i wracał do spraw lasu. To był jego żywioł. A w tym momencie dochodziło jeszcze pilne trzebienie i oczyszczanie dna budowanego zalewu. Ponadto miał przecież w leśniczówce gościa.

Rodzina Bohmów

Halina i Oskar Vogtowie.
1937 rok

Przy okazji zakupu inwentarza do Wyder, rodzice Oskara spotkali się z właścicielami majątku Spławie, państwem Bohm. Spotkanie to przerodziło się z czasem w bliższą znajomość, noszącą nawet cechy zażyłości. Ród Bohm'ów na Pomorzu wywodził się gdzieś z mroków średniowiecza. Byli Niemcami. Ostatni z rodu nabył majątek w Spławiu jeszcze przed Pierwszą Wojną Światową. Nazwał go niemiecką nazwą "Plauen". A nazwisko "von Plauen" (dosłownie: "z Plauen", gdzie przydomek "von" oznaczał stan rycerski, szlachecki) zostało niegdyś odnotowane wśród nazwisk rycerzy krzyżackich z czasów bitwy pod Grunwaldem. Być może zachodził tu jakiś związek, choć nie pamiętam, by Bohm powoływał się na jakiś herb rodowy. Ale przecież obszary wokół Świecia były niegdyś ziemiami krzyżackimi. Pamiątką są ruiny zamku krzyżackiego w Świeciu.

Po Pierwszej Wojnie Światowej Bohm pozostał na tej ziemi, choć stała się ona częścią obszaru Państwa Polskiego. Podobnie na swoich gospodarstwach rolnych pozostało wówczas na Pomorzu tysiące Niemców. Bohm ożenił się z Niemką. Mieli córkę i dwóch synów, z których w pamięci pozostało mi - i to w skojarzeniach raczej negatywnych - tylko imię starszego z nich Artura. Choć młodzieńcy ci pokończyli polskie szkoły, a nawet chyba odsłużyli obowiązkową służbę wojskową w Wojsku Polskim, wszyscy pozostali Niemcami, a w ich domu rozmawiało się zawsze tylko po niemiecku.

Znajomość Bohm'ów z Vogtami nie mogła być równoprawna. Wobec majętnego posiadacza ziemskiego, Maksymilian Vogt był chudopachołkiem. Jednak wśród Niemców z najbliższego otoczenia, na ogół prostych chłopów, Maksymilian wyróżniał się wyższym stopniem inteligencji. Pracował w swoim życiu na kilku różnych posadach zawsze w majątkach prywatnych. Był zatem "obyty w świecie"! A przy tym oczytany. Funkcja gospodarza lasu, stawiała go zawsze w pozycji "bliżej państwa": był ich przewodnikiem po lesie, wyznaczał im stanowiska myśliwskie na polowaniach. Dawało to też jakąś ogładę towarzyską. Oboje starsi Vogtowie umieli grać w różne gry w karty i wieść dyskusje na różne tematy. Umiejętność dyskutowania i gier towarzyskich, wyniosły zresztą z domu też ich dzieci tyle, że już i po niemiecku, i po polsku! I tak, znajomość Vogtów z Bohmami, choć nie równa w statusie materialnym, stała się jednak dość zażyła. Ich towarzysko-karciane spotkania odbywały się zawsze w Spławiu. Oskar w nich z reguły nie brał udziału, choć całą rodzinę Bohm'ów przy tej właśnie okazji poznał i później jakieś tam stosunki, na pograniczu lasu Wydry i majątku Spławie, z nimi utrzymywał.

Zapomniany cmentarz rodziny Bohmów, 2005 r.Fot. T. Chrzanowski

Po latach, już obecnie, zapytałem moją żyjącą jeszcze Matkę[7], czy była kiedyś w pałacyku majątku Spławie. Tak, była dwukrotnie. Raz na pierwszej, kurtuazyjnej prezentacji nowej gospodyni Wyder po ślubie. Drugi raz na stypie po pogrzebie starszego pana Bohma w 1935 roku. Ale w obu przypadkach czuła się tam bardzo źle, bo rozmawiało się tylko po niemiecku, a Mama moja tego języka nie znała. Sam pałacyk Bohmów i jego wystrój bardzo jej się podobał. Na pogrzeb starszej pani Bohm w 1941 roku, Ojciec mój już poszedł sam, by zadość uczynić względom znajomości i sąsiedztwa. Gdy Maksymilian Vogt zmarł wiosną 1930 roku, państwo Bohm użyczyli miejsca na pochowanie jego ciała na swoim prywatnym cmentarzu ewangelickim w Spławiu. Był to malutki cmentarzyk o wymiarach 50 na 50 m, położony w polu nieopodal granicy lasu Wyder, otoczony metrowym murem z kamienia polnego i zadrzewiony drzewami liściastymi. Tam też został pochowany[8].

Zbór ewangelicki w Osiu. Pocztówka ze zdjęciem z roku 1910

W tym miejscu dotykamy jednak pewnego istotnego problemu. Vogtowie byli wyznania ewangelicko-augsburskiego. W pobliskim Osiu był kościół i cmentarz ewangelicki - nie wiem nawet czy był to Zbór Ewangelicko-Augsburski czy Ewangelicki Reformowany (tu też występują różnice obrządku). Istotniejszym jednak był fakt, że był to kościół niemieckojęzyczny, a Zbór Ewangelicki w Osiu skupiał okolicznych chłopów-Niemców, z którymi nie chcieli się bratać środowiskowo ani Vogtowie, ani też jak widać, Bohmowie. Do kościoła tego ani Emilia Vogtowa, ani tym bardziej później moi rodzice, nie chodzili. Wszystkie obrządki kościelne rodziny Vogtów, od czasu ślubu Masymiliana z Emilią, odbywały się tylko w polskim kościele ewangelickim. Ba, było to łatwe w Polsce południowej, gdzie takie polskojęzyczne Zbory Ewangelickie istniały. Oskar, na przykład był chrzczony w Dziepółcu koło Radomska, a później konfirmowany w kościele ewangelickim w Wieluniu. Natomiast na ówczesnym Pomorzu był to światopoglądowy węzeł gordyjski. Udostępnienie przez rodzinę Bohmów miejsca na swoim prywatnym cmentarzu, pomogło rozwiązać doraźnie ten drażliwy problem.

Przyjazd Halusi

W 1930 roku Elektrownia Żur już normalnie pracowała. Kończono jeszcze tylko niektóre roboty budowlane, towarzyszące inwestycji. Pracowników na obiekcie ubywało, kurczył się rynek odbiorców artykułów spożywczych z Wyder. Coraz skuteczniejsza stawała się też konkurencja rolników ze wsi Wałkowiska, do których z Elektrowni było jednak znacznie bliżej. Po śmierci męża, gdy Oskar nie wyraził zainteresowania kontynuowaniem matczynej działalności gospodarczej - Emilia Vogtowa zostawiła synowi jedną krowę, kilka prosiąt i kilka kur, resztę zaś inwentarza sprzedała. Do prowadzenia Oskarowi domu i gospodarstwa najęła starszą panią imieniem Wera, pochodzącą z Wileńszczyzny - i wyjechała z Wyder do córki w Warszawie. Wkrótce potem otrzymała posadę kierowniczki ewangelickiego Domu Opieki "Rejówka", gdzie zmarła w 1939 r. Została pochowana na Cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim przy ul. Młynarskiej w Warszawie.

Leśnicy z Szarłaty z rodzinami. Na pierwszym planie, po środku w pozycji leżącej Oskar Vogt, 1929 r.

Na rok przed opisanymi wyżej wydarzeniami, w lipcu 1929 roku, z wizytą do Wyder zawitała Joanna Walterowa. Wracała z wakacji nad morzem z dziećmi: Haliną (1912-2006), Janem (1914-1985) i bliźniakami Tadeuszem (1924-1944) i Zofią (1924-1993). Adolf (1874-1940) i Joanna (1892-1975) Walterowie poznali Maksa i Emilię Vogtów w 1921 roku, gdy Maks podjął pracę leśnika w lasach sporego prywatnego majątku ziemskiego w Będuszu koło Myszkowa, którego administratorem był wówczas właśnie Adolf Walter. Gości przyjęto we Wydrach serdecznie, odpowiednio zakwaterowano. Starsi państwo zabawiali się wymianą nowin i opieką nad pięcioletnimi bliźniakami, Oskar zaś oprowadzał Halusię i Jasia po okolicy, prezentując im uroki lasu, skrytych w nim jeziorek i leśnych strumyków, dopiero co spiętrzonego Zalewu Żurskiego, zapory, elektrowni w budowie. A ponieważ były to żywioły jego życia, umiał opowiadać o nich długo i barwnie. Sam się sobie dziwił, że tak bez wewnętrznego oporu, tyle czasu poświęcał, tym młodym gościom. Ale znalazł w nich autentycznie zaangażowanych słuchaczy. Zwłaszcza Halusia z zapałem interesowała się każdym szczegółem lasu i życia w leśniczówce. Bawiło ją też podglądanie życia licznych zwierząt leśnych. Szczególnie urocza była rodzinka saren, które każdego wieczoru, w promieniach zachodzącego słońca, wychodziły na popas na łąkę pod lasem i do wodopoju z przepływającego tam strumyka - i z odległości 300 metrów pozwalały się obserwować z ganku leśniczówki. Był to widok wspaniały, zwłaszcza przez lornetkę. Pewnego dnia, po powrocie z kolejnej wycieczki leśnej, zachwyconej Halusi wyrwało się: "Mamo, jak tu pięknie, chciałabym tu mieszkać!". A Oskarowi w tym momencie serce omal z piersi nie wyskoczyło. Ta mała, inteligentna, żywiołowa i wścibska istotka mogłaby zostać jego żoną? Teraz ona ma 17 lat, kończy za chwilę ostatni rok szkolny, robi maturę. Ale za rok...

Oskar i Halina, 1929 r.

Wprawdzie Oskar kończy w tym roku 28 lat. Ale przecież jego ojciec był starszy od matki o kilkanaście lat. Podobnie jest w rodzinie Walterów. Takie wówczas były zwyczaje. Podobne rozważania wieczorami do poduszki prowadziła też Halusia. Wpierw zakochała się we Wydrach, w tym uroczym zakątku leśnym. Dopiero potem przyszło jej na myśl, że ten nieco wprawdzie starszy, ale miły, przystojny i towarzyski leśniczy mógłby zostać partnerem w jej życiu. Wizja zamieszkania w tym uroczym zakątku nabierała coraz realniejszych kształtów. Gdy po dwóch tygodniach pobytu we Wydrach, goście powracali do Warszawy, pożegnanie kryło echa wzajemnych sentymentów.

Dalszy ciąg romansu rozwijał się już w toku obfitej korespondencji. Pierwotnie zamierzone terminy odsunęła choroba, a później śmierć ojca Oskara w 1930 roku, i związany z tym obowiązujący ewangelików roczny okres żałoby. Ale latem 1930 roku spotkali się znów, tym razem nad morzem, gdzie Halusia spędzała kolejne wakacje z rodziną, a Oskar na urlopie dojechał i zakwaterował się w pobliżu. Tu zaczęły się pierwsze, wyraźnie romantyczne randki nad brzegiem morza, w poszumie fal i w promieniach zachodzącego słońca. Potem jeszcze na zaproszenie Oskara, w drodze znad morza, Halusia z rodzeństwem i dwiema kuzynkami zawitała do Wyder. Po kilku dniach musiała już jednak wracać do Warszawy. Tylko najmłodsze, sześcioletnie bliźnięta pozostały jeszcze w Wydrach pod opieką Emilii Vogtowej, z którą dopiero jesienią powróciły do Warszawy.

Ślub i bociany

Latem 1931 roku Oskar wybrał się do Warszawy, oświadczył się o rękę Halusi - i został przyjęty. Jak sam potem to wydarzenie komentował, była to jego siedemnasta okazja matrymonialna, tym razem udana i szczęśliwa. Odtąd Oskar liczbę "17" uznawał za pomyślną dla siebie tak dalece, że na każde polowanie brał ze sobą do ładownicy 17 sztuk nabojów.

Ślub Oskara z Haliną Walterówną odbył się 20-go października 1931 roku w Kościele Ewangelicko-Augsburskim przy placu Małachowskiego (tzw. "Okrąglaku") w Warszawie. Na skromnym przyjęciu weselnym bawili się rodzice i brat Halusi - Jasio, matka i siostry Oskara z mężami oraz liczne grono kuzynek i kuzynów Halusi, też już z małżonkami. A w końcu października 1931 roku Oskar przywiózł swoje Szczęście pociągiem, a potem wynajętą bryczką z Osia, przez Spławie do Wyder.

Oskar i Halina z synkiem Andrzejem. 1933 r.

Potem, w marcu 1932 roku Oskar zbudował na dachu budynku dla inwentarza drewnianą platformę o wymiarach 150 na 150 cm. Przelatujące tędy wiosną bociany przyjęły ofertę i założyły gniazdo. Pobliskie łąki i strumyki dostarczały pokarmu w bród. Bociany zagnieździły się tu trwale, co najmniej do 1945 roku. Teraz gniazda nie ma. Dlaczego? A zgodnie z oczekiwaniami Oskara, 10 września 1932 roku urodziłem się ja, Andrzej Jacek Vogt. Gdy ktoś nie wierzy, że to bociany przynoszą dzieci, to ja jestem na to dowodem niepodważalnym!

Halusia i Oskar zostali wtedy moimi rodzicami, i odtąd w tych wspomnieniach będę nazywał ich Mamą i Tatą (Matką i Ojcem). W 1934 roku urodziła się moja siostra Hania. Urodziła się niestety z jakąś wadą organiczną, z którą ówczesna medycyna nie potrafiła sobie poradzić i zmarła po kilku miesiącach. Została pochowana obok dziadka Maksa Vogta, na cmentarzu Bohm'ów w Spławiu. W 1936 roku urodziła się druga moja siostra Izabela. Tym razem szczęśliwie całkiem zdrowa. Żyje do dziś. Każde dziecko wkrótce po urodzeniu rodzice zawozili do dziadków Walterów, skąd podawane było do chrztu w Kościele Ewangelicko-Augsburskim przy Placu Małachowskiego w Warszawie. W takim gronie rodzinnym przeżyliśmy z rodzicami lata dzieciństwa do końca stycznia 1945 roku.

Pani na Wydrach

Oskar i Halina z Jackiem i psem Rexem, 1936 r.

Młodą panią domu powitało we Wydrach elektryczne światło oraz radio, zbudowane i zainstalowane wcześniej przez jej brata Jasia[9] na zamówienie jej przyszłego męża. Radio było czterolampowe, skonstruowane według najnowszych wzorów, z głośnikiem osadzonym w osobno stojącym pudle rezonansowym z dykty, o wymiarach 80 na 80 na 40 cm. Antena, wyprowadzona wysoko nad dach budynku, uziemiona odgromowo na przełączniku, odbierała radiostację "Warszawa" bez zakłóceń pomimo, że leśniczówka zlokalizowana jest w głębokiej dolinie. "Cuda" te nie wywarły na Halusi szczególnego wrażenia. Wiedziała już o nich wcześniej, a poza tym miała je też w domu w Warszawie.

Elektryczność w domu i gospodarstwie zapewniała jej jednak taki standard życia, do jakiego już przywykła. Można było pracować i czytać w długie zimowe wieczory. Wkrótce obok radia pojawiła się w gospodarstwie domowym kuchenka elektryczna, a potem też elektryczne żelazko. W kilka lat później moja Mama zauważyła, że w oświetlonej zimą oborze krowa daje więcej mleka, a kury znoszą więcej jajek. Odtąd, gdy klimat nie pozwalał wyprowadzać zwierząt na powietrze, pomieszczenia budynku dla inwentarza pozostawały całymi dniami elektrycznie oświetlone. Prąd nie kosztował znowu tak drogo. Wśród różnych sprzętów, Mama odkryła w domu pedałem napędzaną maszynę do szycia firmy "Singer", pozostawioną tu przez babcię Emilię Vogtową. W zgrabnych rękach naszej Mamy, maszyna ta przyniosła rodzinie niezmierzone korzyści. Potem ubranka dla dzieci, a też wiele rzeczy dla siebie i ojca, Mama szyła sama, korzystając z "Wykrojów i wzorów" sprzedawanych przy różnych czasopismach kobiecych, lub wręcz jako samodzielne wydawnictwa.

Społeczność leśnego i wiejskiego otoczenia leśniczówki, przyjęła młodą panią na Wydrach z dużym sceptyzmem. Ludzie uważali, że żoną leśniczego powinna zostać dziewczyna doświadczona w gospodarzeniu i życiu na wsi. Niedwuznacznie dawali Ojcu do zrozumienia, że ich zdaniem ta delikatna wielkomiejska paniusia długo tu nie wytrzyma i odejdzie. Nie doczekali się jednak spełnienia swoich proroctw. Z coraz większym podziwem obserwowali, jak to kruche, drobne miejskie dziewczątko ze stanowczym uporem pokonuje kolejne trudności i przy pomocy dobranej służby opanowuje arkana wiedzy o tajnikach, obyczajach i tradycjach wiejskiego życia i gospodarki. Gospodarstwo rolne i hodowlane przy leśniczówce, Mama pozostawiła na dotychczasowych warunkach działania, pod ogólnym nadzorem Ojca. Hodowlę inwentarza obsługiwał najęty na przychodne ze wsi parobek. On też rąbał i donosił drewno na opał i uzupełniał zapas wody w stągwi w kuchni.

Wasyl Bojko

Panorama na dolinę Czarnej Wody (Wdy). Widokówka ze zdjęciem z 1910 r.

Uprawę ziemi, zasiewy i sadzenia, koszenie, zbiory i omłoty organizował Ojcu zaprzyjaźniony rolnik ze wsi Wałkowiska, swoim koniem, wozem i narzędziami, oczywiście za odpowiednim umownym wynagrodzeniem. Stosownie do potrzeby gospodarz ten angażował do pracy w polu pracowników doraźnych. Uprawy rolne były zresztą proste, obliczone tylko na wyżywienie mieszkańców i inwentarza leśniczówki Uprawiano żyto i ziemniaki, a na paszę brukiew lub buraki pastewne, jęczmień, łubin i seradelę. Te dwie ostatnie uprawy uważało się zarazem za sposób wzbogacania azotu w glebie, czyli swego rodzaju nawożenie. Ponadto do wzbogacania gleby stosowano uprawy przemienne tzw. "trójpolówkę" oraz nawożenie tylko obornikiem z własnej hodowli. Tylko torfiaste nieco zakwaszone łąki posypywane były od czasu do czasu nawozem o nazwie "Kainit". Poza tym rosły i plonowały dziko, bez podorywek i dosiewek traw. Zbiory nie były imponujące, ale wyżyć pozwalały.

Latem 1936 roku Ojciec wydzierżawił na trzy lata, do października 1939 roku, uprawę pól i łąk oraz hodowlę w gospodarstwie leśniczówki, znanemu sobie już wcześniej z solidności wędrownemu[10]rolnikowi o nazwisku Bojko. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że Bojko, to nazwa jednego z karpackich narodów ukraińskich (żyli tam Łemkowie, Bojkowie i Hucuły). Prawdopodobnie zatem on był Bojkiem, a nazwiska nie miał, tylko imię. Jakie? Nie pamiętam. Tyle, że w Polsce każdy musiał mieć imię, nazwisko i wyznanie - to w dokumencie tożsamości wpisano mu "Wasyl Bojko". I tak mu już zostało. My wiedzieliśmy tylko, że był Ukraińcem, ale to wówczas na Pomorzu nie wzbudzało żadnych emocji.

Był to człowiek bardzo sumienny i uczciwy. Zamieszkał z żoną w leśniczówce w ogrzewanym piecem pokoju na piętrze. Dzieci nie mieli. Kuchnię dla siebie i zwierząt prowadzili w "piekarniku". W bieżącym zaopatrzeniu dostarczali Mamie z gospodarstwa mleko, twaróg, śmietanę, masło, jajka oraz mięso z drobiu. A w rozliczeniu rocznym - żyto (może mąkę), ziemniaki i mięso ze zwierząt prowadzonej hodowli. Obowiązkiem "gospodarza" - bo tak go zwaliśmy, a jego żonę "gosposią" -było też narąbanie drewna dla nas na opał oraz nanoszenie wody do beczki w kuchni. Szczegółów warunków umowy i rozliczeń nie znałem. Zapewne były dość skomplikowane. Bo to inaczej zimą, inaczej latem, gdy Mama zwykle miała gości, albo letników, albo rodzinę z Warszawy. Nie pamiętam jednak żadnych sporów. Stosunki wzajemne rodziców i gospodarzy były zawsze bardzo poprawne i sympatyczne. A Ojciec miał "z głowy" gospodarstwo rolno-hodowlane leśniczówki, które mu zawsze tak ciążyło. Zaś interes Bojków polegał na tym, że własną pracą wypełniali w znacznym stopniu to, co przedtem Ojciec realizował pracą najemną.

Ogród Mamy

Mamusia zawsze z zapałem zajmowała się utrzymaniem domu, opieką i wychowaniem dzieci, ubraniem i wyżywieniem rodziny, zwłaszcza pieczeniem smacznego chleba i różnych ciast o oraz uprawą i zbiorami ogródka warzywnego. W ogródku warzywnym wielkości siedmiu arów, Mama siała wszelkie warzywa, które mogły być przydatne w kuchni domowej. Wysokiej jakości nasiona tych roślin, zamawiała z corocznie przysyłanego jej katalogu wysyłkowego dużej firmy nasiennictwa ogrodniczego w Toruniu. Z tych nasion, przysyłanych w paczkach za zaliczeniem pocztowym, Mama uprawiała: marchewkę, pietruszkę, koperek, szpinak, ogórki, kapustę białą i czerwoną, kalarepkę, kalafiory, buraczki czerwone, fasolkę szparagową, groch, fasolę strączkową, cebulę, ale też pomidory, kabaczki i dynie. Szczaw dziko rosnący zbierało się po prostu na łące, a wspaniały chrzan rósł od niepamiętnych czasów w kącie pod płotem warzywniaka. Ilości zbiorów starczały też na zapasy zimowe. Corocznie na zimę pozostawiało się w ogródku kilka główek kapusty, które spod śniegu wygrzebywały sobie leśne zające, a czasem też sarny, choć dla nich pozostawiano zawsze kopki siana na łące.

W ten sam sposób Mama sprowadziła sobie z tegoż Torunia sadzonki krzewów agrestu do ogrodu owocowego oraz bulwy georginii, tzw. dalii, które zasadziła przed frontem domu. W osobnym ogrodzie owocowym niezłe plony przynosiły stare, wysokopienne dwa drzewa wiśni, kilka śliw i grusza. Z zakupionych później sadzonek niskopiennych owocowały: czereśnia i jabłoń zimowa.

Do pomocy w tych pracach Mama zatrudniała zwykle jako służącą, kobietę z sąsiedniej wsi na stałe, to znaczy z zamieszkaniem lub na przychodne, zależnie od potrzeby. Kobieta ta pracowała według wskazań i pod nadzorem Mamy. Mama miała przy tym jednak znacznie więcej czasu dla nas, dzieci. Regularnie chodziliśmy z Mamą do lasu nad pobliskie jeziorko lub na słoneczne polany, na poziomki, na jagody, na maliny i jeżyny, wreszcie na grzyby. W cieple letnie dni chodziliśmy też często nad Zalew Żurski - na zaporę lub do kąpieliska przy przystani. A jesienią, zimą i wiosną - po prostu na spacery lub na sanki.

W dni wolne od pracy w wyprawach tych zwykle towarzyszył nam Ojciec, a w sezonie letniskowym zdarzało się, że dołączali do nas nasi letnicy, korzystając z nas jako przewodników po okolicy. Dopóki ja, a potem jeszcze moja siostra Iza, byliśmy mali, wyprawy te wymagały od Mamy lub innych, towarzyszących nam osób, dość ciężkiego pchania dziecinnego wózka po trudno przejezdnych, często piaszczystych drogach leśnych.

Zapasy na zimę

Spożywcze artykuły "przemysłowe" w drobnych ilościach kupowało się w "Kantynie Hanasza", ustawionej obok wartowni Elektrowni w Żurze: najczęściej były to: świeże bułeczki, ryż, kasze, makarony, kawa prawdziwa, kakao, itp. drobiazgi. W hurtowych ilościach (na worki lub kartony) kupowało się w gminnym miasteczku Osiu: cukier, sól, sól "zieloną" dla bydła, herbatę, kawę zbożową. Produkty te, a także mąkę z przemiału własnego żyta w młynie, przechowywało się w dużych, szczelnych ale przewiewnych drewnianych skrzyniach, zamykanych wiekiem. Zapasy zimowe artykułów spożywczych z własnej gospodarki przechowywało się w piwnicy, w beczkach: kapusta kiszona (z jabłkami!) i ogórki kiszone, w słojach: przetwory owocowe i warzywne. W 1938 roku Mama kupiła sobie poręczny aparat do "wekowania" parą z podłączonego czajnika słoików "Wecka" (zamykanych szklaną pokrywką, uszczelnianą na gumkę). Na kilka miesięcy można było w ten sposób konserwować nawet gotowane mięso i grzyby.

W suchym piasku zagrzebywano (dołowano) marchew, pietruszkę i cebulę. Luzem zaś ziemniaki (ilości zimowe, reszta dołowane w kopcach w polu). Produkty suszone groch, fasola, grzyby, przechowywane były w lnianych woreczkach w spiżarni obok kuchni. Mięso, słonina i wyroby mięsne z uboju własnego, preparował zwykle przywołany do leśniczówki zawodowy rzeźnik. Upolowaną, w granicach uprawnionego przydziału lub na polowaniu, zwierzynę leśną oprawiał ze skóry i preparował zawsze Ojciec sam. Wyroby te, zwykle wędzone, rozwieszane były przewiewnie na przygórku lub w pomieszczeniu wędzarni. Przechowywanie tych zapasów wymagało ciągłego nadzoru: przeglądania i wietrzenia w obawie przed szkodnikami, zwłaszcza różnego rodzaju "molami" i robakami. Skuteczną ochronę przed myszami zapewniały zawsze trzy, cztery koty, pieczołowicie hodowane w leśniczówce.

Ubranie leśnika

1931 r. Załoga Nadleśnictwa Szarłata. W Pierwszym rzędzie siedzą od lewej: Teofil Warczak (leśniczy Leśnictwa Zacisze), Kazimierz Buszek (leśniczy L. Czarna Woda), Bolesław Osiński (nadleśniczy), Jan Madaler (sekretarz nadleśnictwa), Oktawiusz Czajkowski (leśniczy L. Skrzyniska, później zastępca nadleśniczego). W drugim rzędzie stoją, od lewej: Leon Chylewski (skarbnik nadleśnictwa), Bolesław Łangowski (leśniczy L. Smolarnia), Oskar Vogt (leśniczy L. Wydry), Roman Żurawka (leśniczy L. Ryszka) i Władysław Lubik (leśniczy L. Wygoda)

Kilkakrotnie już wspominałem o tym, że oddech od wszystkich trosk dnia codziennego Ojciec zawsze, gdy tylko mógł, znajdował w lesie. Do pracy w lesie szedł nie dlatego, że musiał - ale, dlatego że chciał, że go tam ciągnęło. Tam nie liczył godzin pracy. Często wracał do domu dopiero późnym wieczorem, zdarzało się, że i po ciemku, bo coś tam go zatrzymało w lesie z dala od domu. Nie znaczyło to bynajmniej, że nie kochał żony i dzieci. Kochał! I to bardzo. Ale las był zawsze na pierwszym miejscu. Miał tam zapewne też różne problemy, techniczne i ludzkie, ale były one tylko przedmiotem większego lub mniejszego jego zawodowego zaangażowania.

Do pracy Ojciec chodził zawsze w służbowym mundurze[11], z plecakiem na jedzenie, picie i różne przybory oraz z peleryną, która miała go chronić przed opadami atmosferycznymi. Miała, bo różnie to bywało. Pomimo, że Mama przynajmniej raz na tydzień impregnowała ją w jakimś cudownym impregnacie, większy deszcz, lub dłuższa mżawka, zawsze jakoś tą pelerynę przesiąkły. Zależnie od temperatury zewnętrznej i pogody, Ojciec wkładał pod mundur cieplejszą lub lżejszą bieliznę, a tylko zimą, przy dużym mrozie, wkładał na mundur płaszcz. Był człowiekiem zdrowym. Bardzo rzadko zdarzało się, że się gdzieś przeziębił. A jeżeli, to raczej z przegrzania, niż z przechłodzenia ciała.

Jedyną rzeczą, na którą Ojciec narzekał w związku z pracą w lesie, to były buty. A właściwie brak na rynku wówczas takich butów, które by nie przemakały w czasie całodziennego chodzenia po mokrej trawie, mchu lub śniegu. Poza wyjątkami suszy, szczęśliwie dla lasu zdarzającej się tam stosunkowo rzadko, Ojciec wracał na ogół po dniu pracy do domu z przemoczonymi nogami. Nie pomagało żadne natłuszczanie butów łojem, olejem lub rozgrzaną parafiną.

Potem, w 1947 roku, u mojej ciotki w Wołominie spotkałem grube, mocne buty gumowe, używane w pracach ogrodniczych. Czy przed, wojną takich butów jeszcze nie było? Ale damskie tak zwane śniegowce były już znane. Nie wiem, dlaczego Ojciec nie mógł sobie z tym poradzić.

Leśne prace

Kurs żywicowania w Nadleśnictwie Osie, Leśnictwo Nowa Rzeka. 1937 r. Oskar Vogt w pozycji leżącej, pierwszy z lewej

Przedsiębiorstwem, czyli jednostką gospodarczą Lasów Państwowych, było wówczas nadleśnictwo. Tam opracowywane były plany gospodarcze i finansowe Lasów na kolejny rok gospodarczy, liczony chyba od 1 listopada do 31 października następnego roku. Tam przyjmowano zamówienia, wystawiano asygnaty na wywóz drewna z lasu i fakturowano sprzedaż. Tam też wypłacano pieniądze za prace wykonywane w lesie i na wynagrodzenia leśników. Leśniczy był przede wszystkim wykonawcą wycinka planu tego przedsiębiorstwa dla leśnictwa, chociaż zgłaszał do każdego planu rocznego swoje uwagi i wnioski oraz sygnalizował ograniczenia co do możliwości wyrębu i pozyskania planowanych mu ilości drewna i potrzebnych mu środków do realizacji wyznaczonych zadań.

Trzeba też zauważyć małą sprawność ówczesnych narzędzi pracy w gospodarce leśnej. Były to - do cięcia i rozdrabniania drewna: siekiera ręczna, piła taśmowa do przecinania grubych pni pociągana na przemian z dwóch końców przez dwóch robotników, piła ręczna na pałąku do odcinania gałęzi powalonych drzew oraz podcinania i rozcinania cieńszych pni drzew obsługiwana przez jednego robotnika, klin metalowy - lub drewniany, gdy metalowego brakło - do rozłupywania pni drzew na szczapy. Do prac ziemnych służyły: łopata, kilof oraz kilof szpaltowy z szerokim ostrzem do podkopywania i odsuwania warstwy ściółki leśnej, kilof - kosztur do wytłaczania gniazd sadzonek drzew oraz pazurki metalowe do prac pielęgnacyjnych w szkółkach i grabie metalowe. W transporcie leśnym używany był koń i wóz (wynajęty, bo leśnictwo własnego nie posiadało), ręcznie ciągniony wózek na czterech kołach i płachty brezentowe do ręcznego przenoszenia lub przeciągania po ziemi materiałów, odpadów, sadzonek, itp. Takie środki pracy ograniczały wówczas możliwą eksploatację zasobów leśnych w roku gospodarczym. Może to i dobrze, bo mimo różnych zakusów na drewno, lasy Borów Tucholskich zachowały jednak do 1947 roku swój pierwotny charakter. Nieszczęście przyszło na te 200-letnie sosny później, wraz z piłą mechaniczną i traktorem w lesie. Ale tego już mój Ojciec nie dożył. Również przybory do ostrzenia narzędzi były prymitywne. Praktycznie każdy robotnik ostrzył sobie swoje narzędzia sam, a o narzędzia wspólne dbał przodownik - brygadzista.

Zadania eksploatacyjne w gospodarce leśnej pozostały chyba dotąd bez zmian. Były to zręby całkowite starych drzewostanów, przecinki selekcyjne w zagajnikach i lasach młodszych. Drewno pozyskiwane z nich, po okorowaniu, przeznaczane było wówczas na tzw. kopalniaki (stemple kopalniane o grubości 20-24 cm i długości bodaj 2 m), na papierówkę (wałki 10-30 cm, cięte na długość 1 m), oraz pozostałe drewno, już tu nie korowane, na różne drągi, sztachety do płotów lub wręcz na opał. Dalsze zadania to usuwanie poszycia z obszarów zrębów całkowitych, przygotowanie terenu dla nowych nasadzeń, sadze nie i pielęgnacja upraw leśnych, przecinanie i czyszczenie ze ściółki leśnej przydrożnych pasów przeciwpożarowych, utrzymywanie przejezdności dróg i przesiek leśnych, na przykład linii między oddziałami lasu, naprawianie uszkodzonych dróg, wycinanie samosiejek, wyłapywanie i niszczenie szkodników leśnych.

Zatrzymam się tu na chwilę, by wspomnieć niektóre ciekawsze wydarzenia, zwyczaje lub nawet metody ówczesnej gospodarki leśnej, zapamiętane z Wyder. Chyba w roku 1936 ogłoszony był wśród leśników konkurs na znalezienie pni sosen, odpowiednich na maszty dla "Daru Pomorza". Nie wiem, czym się to skończyło. W lesie Wyder takiego pnia Ojciec nie znalazł. Nieraz potem nasuwała mi się myśl, czy oglądając piękne morskie żaglowce, ktoś dostrzega w ich masztach niegdyś wspaniałe, olbrzymie pnie drzew sosnowych? Karpy tych wielkich, 200-letnich sosen były ze zrębów karczowane. Wymagało to ciężkiej pracy fizycznej zwykle 2-3 ludzi, którzy łopatami odkopywali karpę drzewa do głębokości czasem dwóch metrów i obkopywali grubsze korzenie karpy nieraz na odległość dwóch do trzech metrów od pnia. Tam odcinali i na linach, ręcznie lub przy pomocy konia, wydobywali całą karpę na powierzchnię. Teraz trzeba było ją jeszcze rozdrobnić przy pomocy pił i klinów, po czym wywieźć, a dół po karpie zasypać i teren wyrównać pod przyszłe nasadzenia. Ludzie robili to na własny rachunek, bez wynagrodzenia, uzyskując w zamian kwit leśniczego, zezwalający na wywóz drewna z karpy z lasu. Las uzyskiwał oczyszczone pole dla nowych nasadzeń, zaś robotnicy przeciętnie 0,5-1 m sześciennego wspaniałego, smolnego (nasyconego żywicą) drewna, doskonałego na rozpałkę. Ojciec często nabywał u robotników jedną taką karpę dla leśniczówki.

Leśnictwo Wydry miało nawet dość sporą szkółkę, usytuowaną na płaskowyżu w pobliżu leśniczówki, na terenie piaszczystym o podłożu z gliny, a zatem zachowującym dość długo wilgotność gleby, a przy tym dobrze nasłonecznionym. Nie prowadzono tam zasiewów. Jednoroczne siewki były tu przywożone i "pikowane" do gleby na okres dwóch lat. Dopiero wtedy służyły do zakładania nowych upraw leśnych.

Za niewielkie pieniądze leśniczy sprzedawał na kwity, wystawiane w imieniu nadleśnictwa, prawo do zbierania w lesie tzw. suszu. Było to drewno opałowe z suchych gałęzi i szyszek, odpadłych z drzew. W ramach kwitu wolno było też na wykupionym obszarze obłamywać z drzew suche gałęzie, które jeszcze same nie odpadły. Nie wolno tylko było używać przy tym siekiery! Kwity na susz miały olbrzymie powodzenie w sąsiednich wioskach. Ludzie przychodzili po nie przez cały sezon wiosenno-letnio-jesienny. Ponieważ leśniczy nie mógł przez cały czas tylko czekać w domu na nabywców suszu - do wystawiania tych kwitów, z numerowanego bloczka i według ustalonego przez męża planu, upoważniona została też żona leśniczego. Zebrany susz opałowy ludzie wywozili z lasu furmankami, na ręcznych wózkach, lub wynosili w płachtach na własnych plecach. Był to opał tani, lekki, łatwo dostępny, a lasy były wysprzątane! Zwyczaj ten zanikł podobno dopiero wtedy, gdy do kuchni i pieców wiejskich dotarł tani węgiel. Może zwyczaj ten teraz powróci? Podobne kwity wykupywali też rolnicy jako zezwolenia na wypas bydła na wyznaczonym obszarze leśnym.

Do wyłapywania szkodników leśnych kopało się wiosną w lesie długie, wąskie i dość głębokie rowy o stromych ścianach. Szkodliwe dla lasu "robaki i liszki" itp., które tam wpadły, wybierano ręcznie do worków. Worki te przynoszono do leśniczówki i tu były sparzane (polewane) wrzątkiem, po czym przeznaczane były na karmę dla drobiu i świń.

Kancelaria Ojca

Leśniczy Oskar Vogt, 1934 rok

Biurowym stanowiskiem pracy Ojca była kancelaria. Był to pokój o wymiarach trzy na trzy metry z jednym oknem. Przy oknie stało duże biurko, a poza tym fotel i trzy krzesła dla interesantów. Na ścianach, za i przed biurkiem, stały zwykłe regały pod sufit, a na nich książki, papiery i segregatory z różnymi dokumentami, w tym archiwum. W biurku była skrytka na pieniądze. Nie było kasy pancernej, a w leśniczówce zawsze były jakieś pieniądze, ze sprzedaży "kwitów", na wypłatę dla robotników itp.

Za drzwiami kancelarii stał piec kaflowy opalany drewnem, a po drugiej stronie drzwi zawieszony był na ścianie telefon. Wyposażenie stanowiska pracy Ojca stanowiły różne formularze druków raportów z lasu, kałamarz atramentu, pióro (dawniej jeszcze gęsie, ale w latach 1930-tych już ze stalówką), suszka z bibułą do atramentu, ołówek kopiowy do pisania dokumentów przez kalkę. Był to ołówek którego grafit nie pozwalał wytrzeć zapisu gumką, a po zwilżeniu papieru zapis zabarwiał się na niebiesko. Było też liczydło służące do dodawania i odejmowania liczb. Mnożenie i dzielenie liczyło się na papierku odręcznie, jak mówiono - na piechotę. Pamiętam też tak zwany "wałek" z nawiniętą nań tablicą arytmetyczną do obliczania ilości metrów sześciennych drewna dla wymierzonej średnicy i długości zarejestrowanego kloca drewna, okorowanego już i przyciętego na długość. Były też w kancelarii leśniczego przyrządy przydatne do pracy w lesie, tak zwana klupa do mierzenia średnicy kloca drewna, taśma do pomiaru długości, numerator, czyli tarczowy młotek z umieszczonymi na obwodzie cyframi, którego uderzeniem wytłaczało się kolejny numer ewidencyjny na czole każdego pnia ściętego drzewa przeznaczonego do wywozu z lasu. I wreszcie bloczek arkuszy ewidencji pomierzonych kloców drewna i zestawionych "sągów", czyli stosów drewna opałowego. Sagi te też były numerowane "numeratorem". Numery kloców dłużyc i sągów drewna opałowego służyły do ewidencji zapasów i identyfikacji drewna w dokumentach wywozu drewna z lasu.

Po polsku i po niemiecku

Brygada zalesieniowa z Nadleśnictwa Osiek koło Torunia. Lata 1930.

Do pracy w lesie Ojciec zatrudniał stale dwie brygady mężczyzn, liczące od sześciu do dziesięciu osób, zależnie od potrzeby. Przodownikiem brygady robotników ze wsi Sierosław był Polak nazwiskiem Nadolny (imienia nie pamiętam), a brygady robotników ze wsi Wałkowiska był Niemiec Karl Rettig. Była to struktura organizacyjna zastana przez Ojca w 1927 roku, której nie uważał za konieczne zmieniać.

Do sadzenia i pielęgnowania drzewek w szkółce, a potem na nowych nasadzeniach w lesie, Ojciec najmował doraźnie grupę kilkunastu kobiet, które już same wybierały spośród siebie brygadzistkę (przodowniczkę). W doborze ludzi do pracy Ojciec kierował się oceną ich sprawności fizycznej i zaradności. Nigdy nie zwracał uwagi na narodowość osoby przyjmowanej do pracy. Miał zwyczaj rozmawiania w pracy z Polakiem - po polsku i z Niemcem - po niemiecku. I chociaż kilkakrotnie zwierzchnicy lub nawet koledzy leśnicy, zwracali mu uwagę na niestosowność, ich zdaniem, takiego postępowania w polskim państwowym przedsiębiorstwie, Ojciec wykręcał się żartem, że nie poczuwa się do odpowiedzialności za skład narodowościowy pomorskiej wsi, nie chce jednak wzniecać konfliktów ograniczaniem dostępu do pracy ze względów narodowości. A w pracy rozmawia z robotnikami w ich języku bo chce, by go dobrze zrozumieli.

Język niemiecki, używany w lesie i w książkach fachowych, widocznych na półkach w kancelarii Ojca - zresztą pozostałości po jego ojcu, Maksymilianie - kładł się nieraz niewidocznym cieniem na opinii Ojca. Czuł i ciążyło mu to, ale nie miał zamiaru stać się przez to zagorzałym polskim nacjonalistą. Przecież dopiero co sam wyszedł z niemieckiej rodziny! Był to problem, który w różnej formie coraz to zahaczał o nasze życie. Nigdy nie mówiło się o nim w naszym domu przyjmując, że jest on swoistym przekleństwem naszego losu. Uważaliśmy, że otoczenie się wreszcie z nami oswoi i problem zniknie sam.

Formalnie Ojciec mój miał zawsze pozytywne oceny swojej pracy. Na piśmie zachowały się w jego aktach, między innymi dobra ocena pracy za rok 1929/1930, przyznana przez Komisję Kwalifikacyjną przy Dyrekcji Lasów Państwowych w Bydgoszczy (pismo znak 24/0/31 z 09.01.1931r), przyznane Ojcu prawo do medalu "Dziesięciolecia Odzyskanej Niepodległości" - pismo Dyrekcji Lasów Państwowych w Bydgoszczy znak 1768/0/29 z dnia 10 kwietnia 1929 roku, dyplom brązowego "Medalu za Długoletnią Służbę", przyznany przez Dyrekcję Lasów Państwowych w Toruniu, 9 maja 1938 roku.

Pomimo różnych przecież kłopotów - jak to w życiu - Ojciec w swoich postawach i zachowaniach był na ogół pogodny i życzliwie ustosunkowany do ludzi w otoczeniu. Był też na ogół lubiany. Podobno jeszcze dziś w Wałkowiskach, czy w Sierosławiu, spotkać można ludzi, którzy go z sentymentem wspominają. Gdyby nie to nazwisko, ten język który potem, w pierwszych latach po Drugiej Wojnie stał się sam wrogiem - i gdyby nie to wyznanie, które stało na przeszkodzie prostej parafialnej integracji moich rodziców ze środowiskiem polskim (bo z ewangelickim niemieckim sami nie chcieli się integrować, wożąc swoje dzieci do chrztu demonstracyjnie aż do Warszawy), może łatwiej zostaliby zaliczeni do "swoich". A tak, ta swojskość była zawsze nieco grzecznościowa.

Wszędzie daleko

Oddalenie leśniczówki Wydry od innych leśniczówek nadleśnictwa Szarłata, rozdzielenie ich spiętrzonymi wodami Zalewu Żurskiego, a do tego małe dzieci - wszystko to przy ówczesnych środkach komunikacji nie sprzyjało nawiązywaniu bliższych przyjaźni naszej rodziny z rodzinami innych leśników. Panowie leśnicy spotykali się przy służbowych okazjach w nadleśnictwie oraz na polowaniach, jednak ich rodziny pozostawały sobie obce. Bliższa przyjaźń nawiązała się tylko między nami a Otokarem Czajkowskim, leśniczym sąsiedniego leśnictwa Skrzyniska (dziś nazywa się ono Zalesie) i jego żoną Klarą. Byli niestety bezdzietni. W 1936 roku Klara Czajkowska została nawet chrzestną matką mojej siostry Izabeli. Ojciec z Czajkowskim zastępowali się też zwykle w czasie urlopów. Często bywaliśmy wzajemnie u siebie.

Otokar Czajkowski, 1931 rok

W pierwszych latach swojej pracy we Wydrach, Ojciec poruszał się na piechotę: do pracy w lesie, do wsi po ludzi do pracy, do sklepu (do Osia było pięć km), wreszcie do siedziby nadleśnictwa. Do Szarłaty było drogą około 15 km, czyli trzy godziny ostrego marszu. Po roku 1930 już regularnie, kilka razy dziennie kursował autobus po szosie Osie-Świecie, z przystankiem na krzyżówce dojazdu do Elektrowni Żur, którym można było podjechać do Osia. Gdy się dobrze trafiło w rozkład jazdy PKP to można było też pojechać sześć kilometrów pociągiem z Osia do Tlenia.

A nie licząc różnych wezwań służbowych, Ojciec przecież musiał być w nadleśnictwie kilka razy w miesiącu: z raportami z prac w lesie, by rozliczyć sprzedaż "kwitów", po pieniądze dla robotników, po własną wreszcie pensję. Później, chyba w 1935 roku, Ojciec dorobił się roweru, który znakomicie ułatwił mu komunikację i kontakty z otoczeniem. Po lesie nadal chodził pieszo. Rower brał jedynie wtedy, gdy zmierzał wyłącznie do jednego określonego miejsca pracy w lesie. Zwykle jednak nadzór nad pracą ludzi w lesie łączył z wizytowaniem "na przełaj" samego lasu i wówczas rower mu przeszkadzał, zmuszał bowiem do powrotu do tego miejsca, w którym był pozostawiony.

O polowaniu w "swoim" lesie

W latach 1930-tych nie istniało coś takiego, jak późniejsze koła łowieckie. A przynajmniej w naszym lesie. Gospodarzem zwierzyny leśnej, tak jak samego lasu, było tylko nadleśnictwo i w jego imieniu leśniczy na "swoim" terenie. Nie było też zwyczaju dożywiania zwierząt leśnych. Żyły one i karmiły się w lesie dosłownie dziko[12]. Nadleśnictwo i leśnicy interweniowali tylko, gdy zwierzęta leśne robiły szkody w uprawach rolnych sąsiednich wsi. Zdarzało się to głównie dzikom, którym zawieszano nad polami "fladry" (takie szmaty na linach, których kołysanie się na wietrze odstraszało zwierzęta). Czasem zdarzał się też interwencyjny odstrzał.

Raz w roku, zimą, każde leśnictwo organizowało polowanie z nagonką. Było to uroczyste, zwykle całodzienne spotkanie grona leśników rodzimego nadleśnictwa i gości - myśliwych, zaproszonych przez nadleśniczego. Leśniczy - gospodarz lasu - wyznaczał obszar łowny polowania, stanowiska myśliwskie i organizował nagonkę z rozmaitymi kołatkami. Miał też wpływ na zaproszenie niektórych, znajomych mu myśliwych. Po polowaniu następował jakiś "podział łowu" (reguły nie znam) i obfity posiłek mięsny z alkoholem w leśniczówce, nieraz do późna w nocy. Myśliwi z dalszych stron zjeżdżali się na polowanie bryczkami i trzeba było też nakarmić ich konie i woźniców.

Ojciec organizował coroczne polowania w "swoim" lesie i brał też udział w polowaniach w innych leśnictwach. Chyba dwukrotnie był zaproszony na polowanie na zające na polach majątku Spławie. W polowaniach zawsze Ojcu towarzyszył wierny wyżeł zwany Rex, bardzo sprawny w "wystawianiu" i aportowaniu zwierzyny. Dzielnie spisywał się też na polowaniach na ptactwo wodne.

Obok udziałów w łowach na polowaniach, Ojcu z tytułu pracy leśnika przysługiwał określony limit odstrzału zwierzyny w "swoim" lesie na własne potrzeby. Nie wiem, od czego zależał rodzaj i ilość zwierzyny w przydziale, który wyznaczał nadleśniczy, ale zawsze był to co najmniej jakiś zając na święta. Jadłem też w tamtych czasach mięso z sarny i z dzika. Skórę upolowanych zwierząt Ojciec zawsze oprawiał, a potem garbował sam. Były potem z tego kołnierze, futerka dla dzieci, dywaniki koło łóżeczek, dekoracje, itp. akcesoria.

Wiosenną pasją Ojca było też tropienie i podglądanie zwierzyny sposobiącej się do nowego życia: dopiero co urodzonych zajączków, lisków, sarenek oraz zbieranie rogów (poroża), zrzucanych przez rogacze (samce sarny). Gdy gdzieś już znalazł jeden taki róg, to nie dojadł i nie dospał spokojnie, dopóki nie znalazł drugiego. Ściany pomieszczeń leśniczówki obwieszone były trofeami, mocowanymi na drewnianych tarczach. Pamiętam też raz, gdy miałem już sześć lat, Ojciec zrobił mi wczesną pobudkę i prowadził mnie na pobliską górkę w lesie, gdzie po krótkiej chwili oczekiwania, z odległości niespełna dwóch metrów, ukryci "pod wiatr" za jakąś kępą mchów, obserwowaliśmy bawiące się w promieniach wschodzącego słońca u wylotu nory, trzy małe liski, których mama niedawno wyruszyła po śniadanie. Widok był niezapomniany! Żeby nie robić alarmu, wycofaliśmy się, nie czekając na powrót lisicy.

Klub Kajakowy w Żurze

Inż. Alfons Hoffmann

Chyba najwięcej radości do życia naszej rodziny we Wydrach wniosły, nie przewidywane przecież, skutki przyjaźni mego Ojca z budowniczym Elektrowni w Żurze, inżynierem Alfonsem Hoffmannem. To nie było tylko światło elektryczne w leśniczówce, o którym już pisałem. W latach 1927-1929, mieszkając wówczas w leśniczówce, inżynier Hoffmann wytyczył po stoku leśnej skarpy nad starym korytem rzeki Wdy, a potem wydeptał osobiście ścieżkę od leśniczówki do budowanej zapory wodnej Zalewu Żurskiego. Dziś, od kilkunastu już lat, szlakiem tej ścieżki poprowadzona jest asfaltowana droga dojazdowa przez zaporę do leśniczówki. Ale niegdyś... U wlotu tej ścieżki, obok leśniczówki, inżynier Hoffmann kazał przywieźć i ustawić duży głaz, wydobyty z ziemi przy budowie kanału, doprowadzającego wodę z zalewu do elektrowni. Głaz ten o wymiarach około 3 na 2 i na 1,5 m stał tam do roku 1947 (co najmniej), dopóki nieświadomy historii następca Ojca na Wydrach, leśniczy Dalecki pozwolił, a może wręcz nakazał zabrać go stamtąd. Głaz ten, oznaczony obecnie tabliczką zabytku przyrody, położony został na zaporze, w mało widocznym miejscu i w takiej pozycji, że może służyć raczej jako stół do przygodnych libacji. Ale dla nas ważniejszy był inny aspekt tamtych wydarzeń.

Inżynier Alfons Hoffmann wprowadził Oskara Vogta jako swego przyjaciela w dopiero co formujące się środowisko pracowników Elektrowni Żur. I Ojciec został tam serdecznie przyjęty. Tam został wreszcie "swoim" tak dalece, że do 1940 roku mógł się swobodnie poruszać po wszystkich obiektach elektrowni na takich samych prawach, jak członkowie rodzin pracowników elektrowni. Te prerogatywy przeszły potem na żonę i dzieci Ojca, a potem też na odwiedzających nas na wakacjach członków rodziny Mamy, a w naszym towarzystwie, również na bywających u nas letników. Oczywiście w rewanżu, podobnie za "swoich" uważani byli w naszej leśniczówce i w wydrzańskim lesie, pracownicy elektrowni i ich rodziny. Znaliśmy się wszyscy (było to około 50 osób), a z wieloma z nich wręcz się zaprzyjaźniliśmy. Gdy w roku 1931 inżynier Hoffmann zorganizował przy elektrowni Klub Kajakowy, zrzeszający około dwudziestu entuzjastów sportów wodnych, do grona tego zaproszony został też mój Ojciec. Wkrótce został tam skarbnikiem Klubu (trzecim członkiem zarządu). Funkcję tę pełnił do sierpnia 1939 roku.

Przyjazne stosunki z pracownikami Elektrowni sprawiły, że leśniczówka Wydry, jej mieszkańcy i goście, mieli nieograniczony dostęp do plaży nad zalewem i do sprzętu wodnego Klubu Kajakowego. I to w odległości zaledwie 800 metrów od leśniczówki. Proszę wyobrazić sobie taki luksus: słońce, woda i las wokoło. A basen kąpielowy pod zaporą umieszczony jest w Zalewie Żurskim poza głównym strumieniem wody, wprowadzanej do kanału elektrowni. Tu pod zaporą, stojąca woda doskonale się nagrzewa w promieniach słońca, niczym w tym miejscu nie przesłanianych. Nieznaczny denny przepust wody na głębokości 17 metrów, przez śluzę zapory do starego koryta rzeki Wdy, zapewnia przepływ rybom i naturalne oczyszczanie wody w basenie. Nie dziw, że w sąsiedztwie tak komfortowych warunków wypoczynku, leśniczówka Wydry już w tamtych latach stała się atrakcyjnym obiektem letniskowym. W sezonie wakacyjnym istniejące w leśniczówce nieliczne miejsca zakwaterowania, obłożone były z reguły przez rodzinę Mamy z Warszawy, która teraz przestała wyjeżdżać nad morze. Poza sezonem wakacyjnym bywali też u nas letnicy przygodni z Torunia, Bydgoszczy lub Świecia.

Obok działalności sportowo-rekreacyjnej na rzecz swoich członków (wycieczki wodne do Tlenia, spływy rzeką Wdą z jeziora Wdzydze do Żura), Klub Kajakowy Wda w Żurze - bo tak brzmiała pełna jego nazwa - stawał się z czasem swoistym ośrodkiem kulturalnym, promieniującym swoją działalnością na okoliczne wioski. Zaczęło się od okazjonalnych wodnych pokazów sportowych na basenie i późnowieczornych, oświetlonych świecami wianków, puszczanych na wodę z kajaków i łódek (Noc Świętojańska, Dni Morza, otwarcie i zakończenie sezonu wodnego). Zapora, jako doskonały amfiteatr widokowy nad basenem, skupiała przy tych okazjach liczne grono ludzi, żądnych rozrywki. Potem w 1936 roku, pod skarpą leśną na zaporze, Klub zbudował akustyczną, drewnianą "muszlę" dla orkiestry oraz wylał obok na zaporze asfaltowy, owalny krąg taneczny, nazwany "Jajkiem". Odtąd tu odbywały się dość często, licznie uczęszczane zabawy taneczne.

Oskar Vogt (z prawej) przed "budą" Klubu Kajakowego "WDA". 1937 rok

W tym samym czasie na części plaży pod zaporą, zbudowano nabrzeże i molo przystani wodnej, a obok tak zwaną budę kajakową. "Buda" ta mieściła i chroniła sprzęt wodny Klubu, a po wyniesieniu sprzętu, stawała się pomieszczeniem dla organizowanych tu przez członków Klubu, amatorskich spotkań teatralnych i widowiskowych, które też gromadziły liczną widownię. W listopadzie 1938 roku Klub wytyczył jeszcze i oświetlił trasę zjazdową dla sanek na stoku płaskowyżu obok elektrowni. Do nas, akurat na te Święta, zjechały z Warszawy na zimowe wakacje bliźnięta, rodzeństwo Mamy: Zosia i Tadzio Walterowie. Mieli wówczas po 14 lat. To z nimi chodziliśmy na sanki na ten tor. Wokół leśniczówki mieliśmy wprawdzie górki, było gdzie zjeżdżać na sankach. Ale tylko za dnia. I byliśmy tu sami, nie było innych dzieci. A tam! Wieczorami, przy elektrycznym świetle, wokół ciemno. A przy tym liczna gromada dzieci i młodzieży. To dopiero była radość!

We wszystkich tych wydarzeniach i działaniach, w latach 1931 -1939, Ojciec mój czynnie uczestniczył. Gdy nieco już podrosła moja siostra Izia, w początku 1939 roku do czynnego udziału w przygotowywanym przedstawieniu teatralnym włączyła się również moja Mama. Niestety, wkroczenie wojsk niemieckich w 1939 roku, przerwało brutalnie też i tę, tak dobrze zapowiadającą się przygodę.


Spotkanie w gronie rodzin pracowników Elektrowni Żur latem 1939 roku. W pierwszym rzędzie od lewej Oskar Vogt z dziećmi Izią i jackiem, Antek Werner z pieskiem "Żukiem" na rękach Tadeusz Walter oraz pies leśniczego "Ralf". W drugim szeregu, druga od prawej Halina Vogtowa, obok niej jej siostra Zosia Walterówna

Broń Ojca

Pisząc o rozmaitych aspektach i urokach życia mojego Ojca w okresie do roku 1939, zapomniałem jakoś o jego broni. Może dla tego, że nigdy jej przy mnie nie używał. A przecież dla leśnika broń - to bardzo ważny atrybut. W swoim arsenale Ojciec miał karabin "Mauser" kaliber 7,65. Od karabinu wojskowego odróżniała go tylko bardziej delikatna, lekko podrzeźbiona, zabarwiona na brązowo kolba oraz podgięta, przylegająca do łoża kolby, rączka zamka. Miał poza tym pięciostrzałowy, półautomatyczny karabin z lufą nie gwintowaną, na amunicję śrutową kaliber 16, marki chyba "Vinchester". Posiadał pod zamkiem magazynek ładowany od spodu, podobnie jak Mauser tyle, że naboje nie były mocowane "na łódce", ale wsuwało się pojedynczo do komory magazynka. Po wsunięciu kolejnego naboju, zatrzask magazynka zamykał się automatycznie. Magazynek mieścił pięć nabojów. Po oddaniu strzału, zamek automatycznie wyrzucał łuskę i wprowadzał do komory następny nabój z magazynka. Ojciec zakupił ten karabin w 1936 roku. Był z niego bardzo dumny. Karabin ten był też przedmiotem podziwu i cichej zazdrości w gronie kolegów - myśliwych. Miał też Ojciec rewolwer typu "Browning", który dla celów obronnych zwykł prawie zawsze nosie przy sobie. Na noc kładł sobie ten rewolwer pod poduszkę. Pistolet bębenkowy, typu nie pomnę. Bębenek mieścił chyba siedem nabojów. Miał on raczej charakter zabytku. Nie wiem, czy nie był spadkiem po dziadku Maksie.

W związku z bronią Ojca, przypomniało mi się zabawne zdarzenie. Wyżeł myśliwski Rex towarzyszył zawsze Ojcu w wyprawach do lasu. Był bardzo spokojny i zdyscyplinowany. Miał tylko jeden swoisty nawyk. Za każdym razem, gdy spotkał w lesie jeża, to nosił go w pysku tak długo, dopóki nie wrócił z nim do domu i nie pokazał go domownikom. Nie skutkowały żadne perswazje. Dopiero w domu położony jeż już psa dalej nie obchodził. Któregoś razu uprosiliśmy Ojca, by nam jeża pozostawił do następnego dnia, i jeż został zaniesiony do pokoju na górze. Dostał tam nawet mleka na spodeczku, które mu bardzo smakowało, i poszedł spać pod szafę. W nocy Mama słyszy, po piętrze ktoś chodzi. Słychać wyraźnie ciche, ciężkie stąpanie: łup, łup.... Mama budzi Ojca: Ktoś chodzi po górze! A w wędzarni było tam mięso z niedawno ubitej świni. Pewnie złodziej; to się wówczas zdarzało! Ojciec złapał rewolwer spod poduszki, wziął latarkę i na bosaka, by nie wznieść hałasu, poszedł na górę. Po chwili zszedł z jeżem w dłoni! To on robił ten hałas w nocnej ciszy. Nie pomogły błagania obudzonych całym wydarzeniem dzieci. Za karę jeż został natychmiast wyrzucony za drzwi. Rano już go naturalnie nie znaleźliśmy.

Nadszedł rok 1939

9-metrowa figura Matki Boskiej "Gwiazdy Morza" wzniesiona w 1938 r., zburzona przez Niemców w 1939 r. Odbudowa w 1989 r. Fot. Tadeusz Chrzanowski

Wiosną 1939 roku, z inicjatywy i sumptem parafian gminy Osie, postawiono na skraju płaskowyżu, nad zaporą, na terenie lasu Wyder, figurę Matki Boskiej, błogosławiącej szerokim gestem rozległą przed nią krainę. Figura wysokości dziewięciu metrów, prezentowała się okazale na tle rosnących za nią wówczas wysokich, 200-letnich sosen. Fakt ten pozostaje bez związku z osobą i losami Ojca. Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję go tu jednak, jako wydarzenie na skraju lasu Wyder, gdy Ojciec był tam leśniczym.

Jeszcze wiosną 1938 roku Sejm RP ustanowił dzień 11 listopada Świętem Narodowym Rzeczypospolitej Polskiej. Z tej okazji w "Budzie Kajakowej" pod zaporą, Klub Kajakowy Wda w Żurze wystąpił po raz pierwszy na scenie amatorskiej w skeczu, nawiązującym treścią i piosenkami do tradycji legionowej Bojów o Polskę. Jako jeden z legionistów, Ojciec mój występował na scenie z prawdziwym, swoim karabinem. Impreza przedstawiona w dniu 11 listopada 1938 roku wieczorem, zgromadziła szeroki krąg widzów z okolicznych wiosek i bardzo się podobała. Zachęceni tym pierwszym powodzeniem, członkowie Klubu postanowili przygotować kolejną amatorską imprezę sceniczną z okazji 3 maja 1939 roku. Do prezentacji wybrano teraz "prawdziwą" sztukę teatralną, a jej reżyserowania podjął się nauczyciel szkoły podstawowej w Wałkowiskach, pan Lorek. Ponieważ do obsady ról w tej sztuce zdeklarowali się oboje moi rodzice, przygotowania strojów scenicznych i prezentacji ról, zdominowały życie w leśniczówce Wydry wiosną 1939 roku. Impreza bardzo się udała, zdobyła duży poklask widowni. W zamiarach na przyszłość rozważano w Klubie wyjście z tą sztuką, a potem może z następnymi, na jakąś scenę w gminnym Osiu, a może gdzieś jeszcze dalej. W czasie urlopu w lipcu 1939 roku, Ojciec wziął jeszcze udział w dwutygodniowym spływie kajakowym rzeką Wdą z jeziora Wdzydze do Żura. Potem pomagał Mamie w obsługiwaniu licznych tego lata gości letniskowych w leśniczówce, a zwłaszcza czynnie organizował im wycieczki po lesie oraz wodne, łodzią lub kajakiem. Obaj bracia Mamy, liczący sobie wówczas 25 i 14 lat, często na kocu, na trawniku obok leśniczówki, ćwiczyli pod okiem Ojca rozbieranie, czyszczenie i składanie Mausera i Browninga Ojca, jakby przeczuwali, że umiejętności te przydadzą im się wkrótce w okupowanej Warszawie.

Tak, lato 1939 roku było słoneczne, nosiło jeszcze wiele złudzeń normalności, radości i ciepła. Ale czarne chmury coraz to gęstniały nad niebem Pomorza. Po żądaniu przez Hitlera eksterytorialnego korytarza swobodnej i niekontrolowanej komunikacji z Niemiec do Prus Wschodnich, dla nas wszystkich było już jasne, że wybuch wojny jest nieunikniony. Pytanie było tylko, kiedy? Ojciec wspominał, jak to Pierwsza Wojna Światowa wybuchła 1 sierpnia 1914 roku. Wiele mówiło się o tym, że wojny zawsze zaczynają się późnym latem, gdy plony w stodołach lub jeszcze niezebrane na polach, ułatwiają wyżywienie maszerujących wojsk. Nawet nam, dzieciom (ja miałem lat siedem, moja siostra Izia - trzy) udzielał się wojenny zapał. Nie oddamy ani guzika - powtarzaliśmy dumnie słowa Marszałka Rydza Śmigłego.

Porucznik WP Jan Szpakowski z żoną Zofią (siostrą Oskara) z wizytą w Wydrach latem 1934 roku

Pierwszy sierpnia 1939 roku minął jakoś spokojnie i - nie wiadomo dlaczego - wszyscy już byli głęboko przekonani, że teraz, pierwszego września, to na pewno! To też, już około 20 sierpnia, większość gości wyjechała, a babcia Joanna Walterowa z bliźniakami Zosią i Tadziem odjechała do Warszawy 28 sierpnia, by zdążyć jeszcze przed spodziewaną powszechną mobilizacją. No i dzieci szły od poniedziałku czwartego września do szkoły. Nikt się wojny nie bał. Przecież poprzednią wojnę w naszej rodzinie wszyscy przeżyli! A była taka straszna. Już ta taka nie będzie. Potrwa pewnie kilka dni. Anglia i Francja nam pomogą, nasze wojsko wkroczy do Berlina i będzie koniec wojny! To nie my, dzieci, sobie to wymyśliłyśmy. To dorośli wówczas nam tak butnie opowiadali. A ja też od pierwszego września miałem pójść do Szkoły Podstawowej w Wałkowiskach, i to chyba od razu do klasy drugiej. Bowiem umiałem już czytać od czwartego, a pisać - od szóstego roku życia.

Pierwszego września zbudził nas telefon przed godziną szóstą rano. Wojna! Okazało się, że rodzice byli już przygotowani do realizacji planu ewakuowania rodzin leśników. Nie było popłochu. Mama była spakowana, sprawnie umyła i ubrała dzieci. Ojciec rowerem pojechał do wsi po wcześniej umówioną podwodę.[13] Jeszcze śniadanie, zapakować walizki, koce i dzieci na wóz, i o godzinie ósmej odjazd z Wyder. Dlaczego, dokąd, po co? Pytania moje i siostry Mama kwitowała krótko: sama nie wiem, takie są polecenia z nadleśnictwa. Ojciec ubrany w mundur leśnika, wziął ze sobą karabin i rewolwer. Resztę broni zapakował do bagażu na wóz i pojechał przodem na rowerze. Leśniczówka, a w niej cały nasz majątek oraz koty i dwa psy, została pod opieką Bojków.[14]

Wielka ewakuacja

Siedziba dawnego Nadleśnictwa Szarłata. Zdjęcie wykonano w sierpniu 2006 r. Fot. Zbigniew Marek

Około godziny jedenastej byliśmy już pod budynkiem Nadleśnictwa w Szarłacie. Tu zjeżdżały się też podwodami rodziny pozostałych leśników nadleśnictwa. Tu dowiedziałem się, że mój Ojciec był już uprzednio wyznaczony na komendanta naszego konwoju ewakuacyjnego, a jako jego dubler towarzyszył nam leśniczy z leśnictwa Czarna Woda, pan Kazimierz Buszek. Wystawiono im dokumenty, nadające prowadzonemu konwojowi charakter transportu urzędowego, co uprawniało Ojca do żądania podwód od sołtysów kolejnych wsi. Usługi podwód Ojciec pokrywał potem sołtysom kwitami urzędowymi. Leśnicy i ich rodziny otrzymali chyba półroczne wynagrodzenie na pokrycie kosztów utrzymania przez czas ewakuacji. Jeszcze w nadleśnictwie poczęstowano nas wszystkich pożegnalnym obiadem, jeszcze zgęszczono załadowanie kilku rodzin, by zmniejszyć ilość wozów w konwoju i... około godziny szesnastej konwój wyjechał z Szarłaty. Było nas około osiemnastu osób dorosłych i dzieci na czterech podwodach. Ojciec jechał prawie cały czas na rowerze, co pozwoliło mu łatwo przesuwać się na czoło lub koniec konwoju, stosownie do potrzeby. Nie pamiętam, niestety przebytej trasy naszego konwoju ewakuacyjnego. Byłem za mały, nie znałem jeszcze geografii Polski. A potem już nigdy o to Ojca nie pytałem. Było tyle różnych ważniejszych wydarzeń, że trasa ewakuacji poszła w zapomnienie. Nie pamiętała jej dziś również moja Mama.

Zapisało mi się tylko w pamięci, że pierwszego dnia mijaliśmy Osie, Laskowice, Świecie i - już po ciemku - Przechowo koło Świecia, skąd zapamiętałem oświetlone okna w dużych budynkach młynów. Nazwy tych miejscowości znałem już wcześniej. Przejeżdżaliśmy przez Inowrocław. Wcześniej znałem już nazwę Wrocław, a ten Inowrocław wydał mi się jakoś dziwny. Stąd zapamiętałem. Kruszwicę mijaliśmy nocą. Pamiętam, jak Ojciec zbudził mnie w nocy na wozie i powiedział: Opodal mijamy Mysią Wieżę i jezioro Gopło. Ciemno. Nie widać. Ale zapamiętaj! Potem dopytywałem się Mamy o co chodziło z tą Mysią Wieżą, i zapamiętałem. Pamiętam też Płowce i pomnik zwycięstwa króla Władysława Łokietka nad Krzyżakami w 1331 roku. Ojciec zatrzymał tam wozy, podprowadził nas, dzieci do pomnika i powiedział: Zapamiętajcie! Jeżeli wkroczą tu Niemcy, ten pomnik na pewno zniszczą.

Potem dotarliśmy do brzegu Wisły, z zamiarem przeprawienia się na drugi brzeg. Niestety, most pod miastem był bombardowany i - jak Ojcu powiedziano - chwilowo niedostępny. Trzeba było się wycofać. Zanim do tego doszło, nad drugim brzegiem Wisły, dosłownie na przeciwko nas, rozegrała się bitwa samolotów myśliwskich. Leżeliśmy całym konwojem na piasku, w krzakach nad Wisłą. Nadleciały dwa samoloty niemieckie, które natychmiast zostały zaatakowane przez dwa myśliwce polskie. Bitwę widzieliśmy jak na dłoni. Po chwili jeden samolot niemiecki zadymił i spadł. Pilot ratował się na spadochronie. Drugi Niemiec odleciał. Nasze myśliwce też odleciały. Wkrótce potem przyleciała polska sanitarka, dwupłatowiec z namalowanym dużym czerwonym krzyżem na białym tle i zabrała niemieckiego pilota z pola. Było to chyba siódmego września. Ale gdzie? Pod Włocławkiem?

Później przeprawiliśmy się przez Wisłę promem. Ale gdzie to było, w Nieszawie? Możliwe. Dopiero tam, na północno-wschodnim brzegu Wisły, Ojciec dowiedział się, że od północy, od Prus Wschodnich, też nacierają wojska niemieckie. Zrozpaczony bezsensem naszych zmagań ewakuacyjnych, przekazał dowództwo nad naszym konwojem koledze leśniczemu Kazimierzowi Buszko, a sam zameldował się u dowódcy napotkanej w lesie polskiej jednostki wojskowej, z prośbą o przyjęcie go do Wojska Polskiego, by mógł walczyć. Dowódca jednostki, major, podziękował Ojcu za dobre intencje, ale stwierdził, że nie ma dla niego ani munduru, ani broni. W mundurze leśnika Ojciec walczyć nie może. To sprzeczne z Konwencją Genewską. A ponadto on sam, dowódca sporego oddziału wojska, nie ma łączności z dowództwem, nie ma żadnych rozkazów, nie wie gdzie jest wróg, a gdzie są swoi. Jest podobnie bezsilny. Polecił Ojcu, by ten wrócił do swoich zadań. Wrócił! Co miał zrobić? Postanowił też możliwie szybko powrócić na lewy brzeg Wisły i kierować się do Warszawy.

Odznaka Przysposobienia Woskowego Leśników, pamiątka rodzinna po Oskarze Vogtcie

Następnego dnia spotkała nas niezbyt miła przygoda. Dotarliśmy do kolejnej wioski późnym wieczorem, było ciemno. Ojciec zatrzymał konwój przed dużym, murowanym budynkiem. Myślał nawet, że to szkoła. Ale okazało się, że jest to duże, starannie zabudowane i utrzymane gospodarstwo wiejskie. Bez przywoływania sołtysa, gospodarze przyjęli nas bardzo gościnnie na nocleg, a dla tych, których nie mogli u siebie pomieścić, pomogli uzyskać kwaterę u sąsiadów. Było to małżeństwo z dwoma dorastającymi córkami, które wnet zakręciły się, by zrobić nam kolację. W domu było też radio Dopiero tu dowiedzieliśmy się o kapitulacji Westerplatte, o tym, że Rząd RP opuścił Warszawę i że Prezydent Starzyński wezwał mieszkańców do obrony Stolicy. Przerażeni obrotem wydarzeń, smutni, poszliśmy spać. Rano zbudził nas jakiś hałas. Ojciec wyszedł sprawdzić, co się dzieje. Otóż, polska Policja przyszła aresztować naszych gospodarzy, bo to są Niemcy. Widok Ojca w mundurze leśnika zaskoczył policjantów - A co pan tu robi? Ojciec wyjaśnia kim jesteśmy i skąd się tu wzięliśmy. Ale dlaczego zatrzymaliśmy się u Niemców? Przyjęto nas w języka polskim. No to dokumenty poproszę. Ojciec podaje ... Policjant spojrzał na nazwisko i zawołał: No jasne! Pan też jest Niemcem! Dość długo trwało wyjaśnianie policjantowi, że można mieć niemieckie nazwisko, a być jednak Polakiem. Skończyło się tym, że policjanci zabrali tylko gospodarzy, pozostawili z nami obie ich córki, by nam zrobiły śniadanie i pomogły dotrzeć do sołtysa po dalsze podwody. U sołtysa Ojciec dowiedział się, że w sąsiedniej wsi wojsko zbudowało pontonowy most przez Wisłę. Dotarliśmy tam wkrótce i Ojcu udało się uzyskać zgodę na przeprawienie tamtędy naszego konwoju. Było to chyba w Dobrzyniu nad Wisłą.

Komentarza wymaga jeszcze kwestia organizacji naszego transportu. Jechaliśmy tymi podwodami po drogach, często ostrzeliwanych i bombardowanych przez samoloty niemieckie. Wielokrotnie rozlegał się rozkaz Ojca: Z wozów, kryć się! Wozy pod drzewa! Nigdy nie byliśmy zaatakowani bezpośrednio, choć ślady takich ataków napotykaliśmy nie raz. Może Ojciec miał takie nadzwyczajne szczęście. Ale z reguły prowadził konwój w drugiej połowie dnia, zwykle późno w noc. Po nocy też zwolnione podwody wracały do domu. Rano natomiast dosypiało się na kwaterze i Ojciec organizował z sołtysem następne podwody. To też nie było takie łatwe. Chłopi wiedzieli, co się dzieje na drogach i nie rwali się ochoczo do nadstawiania głowy swojej i swoich koni. Nie rzadko musiał Ojciec wyciągnąć rewolwer dla poparcia swoich argumentów. Często jednak przeważał argument, że dotąd nikomu w naszym konwoju żadna krzywda się nie stała. No i przypomnienie obowiązku uczestniczenia w zadaniach obrony Kraju. Mimo zatem szeregu różnych trudności, konwój nasz jak widać, sprawnie posuwał się do przodu. Tylko dokąd?

Starcie z myśliwcem

Leśniczy Oskar Vogt, 1940 rok

Następnego popołudnia, a było to już chyba dwunastego września, konwój nasz posuwał się niezbyt szybko drogą, gęsto okrytą drzewami liściastymi. Wzdłuż drogi biegł szeroki, może 120 metrowy pas ściernisk, a za nimi las. Na rozwidleniu droga w prawo wiodła w las, pozostawiając w polu na rozdrożu duży obszar dorodnych buraków. Skręcamy drogą w prawo, a po chwili zupełnie niespodziewanie, usłyszeliśmy warkot pojedynczego silnika samolotu. Ojciec wykrzyknął zwyczajne w takich przypadkach rozkazy, a sam, wymachując w ręku karabinem z dala połyskującym w słońcu, wybiegł na środek pola buraków. Samolot leciał nisko, nad samymi drzewami. Gdy wyskoczył zza koron drzew nad pole, Ojciec swoim myśliwskim zwyczajem złożył się i strzelił! Po czym pobiegł przez pole do lewego skrzydła rozgałęzionych dróg, gdzie opodal skraju pola padł w buraki. Zakryły go dorodne, buraczane liście. Samolot po strzale zakrztusił się nieco, po czym począł dymić z silnika i piąć się w górę. Ten obraz widziałem na własne oczy, gdy leżałem pod krzakiem tarniny, na poboczu drogi po drugiej stronie pola buraków[15].

Piekło zaczęło się po chwili, gdy nadleciały następne myśliwce, w ślad za prowadzącym je, a przed chwilą postrzelonym samolotem. Było ich trzy klucze po trzy samoloty. Długimi seriami z karabinów maszynowych zaczęły systematycznie czesać rowy tej przeciwległej nam szosy. A Ojciec leżał bez ruchu obok w burakach, jakieś 15 metrów od pasa ostrzału. Trwało to ponad dwie godziny, dopóki się nie ściemniło. W miarę drobnych przerw w nalotach, spowodowanych zapewne nawracaniem samolotów, Mama zainicjowała ostrożne wyczołgiwanie się nas, a za nami reszty osób konwoju, z przydrożnych krzaków do pobliskiego lasu. Tylko wozy zostały. Woźnice też chyłkiem wyprzęgli konie i z nimi podążyli w ślad za nami. Po dwóch godzinach lasem dotarliśmy do zabudowań wsi. Samoloty i strzały było jeszcze słychać. Ale już się ściemniało i Mama wiedziała, że naloty muszą się skończyć. Zostawiła dzieci w przygodnej stodole pod opieką pań z konwoju, i wróciła po Ojca. W drodze towarzyszył jej pan Buszek, który jednak zastrzegł się, że na pole buraków nie wyjdzie. Gdy Mama wyszła na pole, Ojciec spostrzegł ją i głosem zatrzymał. Po czym ostrożnie wyczołgał się z buraków. Było już ciemno, samoloty nie nadleciały.

Pytany potem, czemu tak postąpił, Ojciec odrzekł, że chciał odwrócić uwagę lotnika od tej drogi, na której stały nasze wozy, a my leżeliśmy obok w rowie. Strzelanie do ruchomego celu, to dla niego wręcz nawyk. Jest przecież myśliwym. A samolot leciał nisko. Wyskoczył zza drzew wprost na Ojca tak, jak ten się spodziewał. Odruchowo wycelował w silnik i wystrzelił. Ale takiego trafienia, które doprowadzi do zapalenia silnika, to się przecież nie spodziewał. Tym bardziej, że propaganda (pewnie niemiecka) głosiła, że samoloty niemieckie są opancerzone i strzelanie do nich jest bez sensu.

Następnego dnia Ojciec zameldował całą sprawę na Policji w pobliskim Gostyninie. Otrzymał potwierdzenie, że samolot rozbił się w odległości 16 km od miejsca zdarzenia (gdzieś pod Łąckiem?). Pilot wyskoczył na spadochronie, cały i zdrów, dostał się do polskiej niewoli. Widział, że ktoś chyba w jakimś mundurze, celował do niego z pola z ręcznego karabinu. Był tak zaskoczony, że sam nawet nie strzelił. Był bardzo zdziwiony, że ten ktoś z takiej broni zdołał go zestrzelić. Koniecznie chciał się z tym sprawcą spotkać. Ojciec był nawet skłonny tam rowerem pojechać. Ale komendant Policji w Gostyninie odradził Ojcu takie ujawnienie się, bowiem losy wojny przeważają na stronę niemiecką, a od Niemców za ten wyczyn może otrzymać tylko kulę w łeb! Ojciec prosił potem uczestników naszego konwoju, by fakt ten przemilczeli i o nim zapomnieli.

Droga do Wyder, ok 1930 roku

Wieś, do której dotarliśmy nad wieczorem tego dnia, nazywa się Klusek Biały i leży w odległości około osiem kilometrów od Gostynina, przy drodze do Lucienia i Nowego Duninowa. Noc przespaliśmy w pierwszej, napotkanej stodole. Następnego dnia Ojciec przy pomocy sołtysa rozlokował wszystkich po wygodniejszych kwaterach. Od rana słychać było w oddali odgłosy kanonady artyleryjskiej. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to już kres naszej wędrówki. Dopiero znacznie później zorientowałem się, że były to odgłosy bitwy pod Kutnem, która toczyła się po polach wzdłuż szosy biegnącej do Gostynina, zaledwie 30 km od nas. Kilka dni później nocą, do wsi na motocyklach wkroczyli Niemcy. Rano na naszym podwórku pojawił się niemiecki oficer. Ojciec zgłosił mu obecność we wsi naszego konwoju ewakuacyjnego i oddał swoją bron krótką i ostrą. Nie ujawnił tylko swojego śrutowego karabinu myśliwskiego Vinchester. Szkoda mu było tego cacka. Liczył, że zdoła go przemycić do Wyder. Z Niemcem wymienił też polską srebrną złotówkę na metalową jedną markę niemiecką, bo według Niemca taki teraz ma być kurs obu walut.

Zanim skończyło się oblężenie Warszawy i Ojciec uzyskał w niemieckiej Komendanturze Gostynina zezwolenie na nasze powroty na Pomorze i zanim na targu w Gostyninie zakupił konia, paszę i wóz drabiniasty ze słomą do naszego powrotu, minęło ponad dwa tygodnie. Przez ten czas żyliśmy biednie w tym Klusku Białym bo nasi gospodarze, choć ludzie mili i serdeczni, sami niewiele mieli. Nie byli przygotowani na żywienie takiej gromady niezapowiedzianych gości. I nie chodziło tu o pieniądze. Żyto nowe było jeszcze niezmielone, starej mąki brak, ziemniaki jeszcze w polu... Mama odkupiła od gospodyni worek kaszy „Pęczak", na miejscu było mleko. Ta kasza z mlekiem, bez cukru, przez długi jeszcze czas, stanowiła podstawę naszego wyżywienia. Tylko dwa razy, chyba z okazji niedzieli, na naszą cześć stracił głowę jakiś kogut, a na obiadowym stole pojawiło się mięso i kartofle. Warzywa były dopiero wtedy, gdy Ojciec kupił je i przywiózł na rowerze z Gostynina.

Powrót do Wyder

Na drogę powrotną nie obowiązywały już reguły transportu organizowanego podwodami. I jak to zwykle, nie było jednomyślności co do tego czym, jakim kosztem, którą drogą i kiedy wracać na Pomorze. Stanęło na tym, że każdy organizował swój powrót sam. Naszym wozem zabrała się z nami, poznana tutaj pani, żona starosty z Nakła, która chciała dojechać do Bydgoszczy. Pani Klara Czajkowska, która dotąd podróżowała z nami, dołączyła teraz do innego wozu. Obawiała się może tego Ojcowego nazwiska?

W drogę powrotną wyruszyliśmy chyba pierwszego października 1939 roku. Droga wiodła przez Gostynin, Kowal, Brześć Kujawski, Inowrocław, Bydgoszcz, Świecie, Drzycim, Spławie do Wyder. Podróż trwała blisko dwa tygodnie i przebiegała raczej spokojnie. Powoził Ojciec. Dopiero kilkanaście kilometrów przed Bydgoszczą spotkała nas niemiła przygoda. Było to nad wieczorem. Zatrzymało nas dwóch Niemców w cywilu, w opaskach ze swastyką na rękawach i karabinami w ręku. Kontrola! Kto jedzie, skąd, dokąd, co wieziecie - no i rewizja ładunku. Trwało to ze dwie godziny. Zrobiło się już ciemno. Na wozie, na słomie zasnęła moja siostra Izia. Miała trzy latka! Mama prosiła, by przy rewizji nie ruszać dziecka. Niech śpi. Niemcy byli widać tutejsi, doskonale rozumieli Mamę, mówiącą po polsku. Dziecka nie ruszyli, ale długimi szpikulcami kłuli głęboko słomę pod dzieckiem. Wreszcie po wielokrotnym popisywaniu się przed Ojcem swoją władzą, wymachiwaniu mu karabinem przed oczami, zmęczyli się sami i pozwolili nam jechać dalej. Dopiero wtedy rodzice przyznali mi się, że pod spaniem Izi leżał rozłożony Ojca Vinchester, owinięty tylko jakąś szmatą. Strach było pomyśleć, co by było, gdyby tak Niemcy ten karabin odkryli! Było już ciemno. Gdy tylko oddalenie od Niemców na to pozwoliło, Ojciec wydobył zawiniątko z karabinem i biegiem przez przylegające do szosy ściernisko, ukrył broń na skraju widniejącego za nim lasu. Twierdził potem, że miejsce zapamiętał, i byłby w stanie ją odnaleźć.

Do Wyder dojechaliśmy około dwunastego października po południu. Dom i gospodarstwo zastaliśmy w stanie nienaruszonym i zadbanym. Pomimo, że umowny termin dzierżawy upłynął z koncern września 1939 roku, dzierżawca Bojko uznał z własnej woli szczególne warunki i pozostał na ochronie domu i obsłudze inwentarza, oczekując naszego powrotu. Dopiero w kilka dni po tym, po przekazaniu majątku i spraw Ojcu, wyprowadził się z budynku leśniczówki. Więcej go chyba nie widziałem. Jak dowiedział się Ojciec od pana Bojko, następnego dnia po wybuchu wojny, polscy Narodowcy z Osia, Brzezin i Wałkowisk, ruszyli po wsiach bić miejscowych Niemców. Kto nie zdołał się skutecznie ukryć, tego brutalnie, dotkliwie pobili. Nie szczędzili nawet kobiet i dzieci. Do Wyder też przyszli, bo przecież Vogt to też Niemiec! Odeszli zawiedzeni, gdy Bojko im oświadczył, że wyjechaliśmy. Reakcja Ojca na tę informację była: „Dobrze, że mnie tu nie było. Przecież bym ich wszystkich wystrzelał! Na pewno nie pozwoliłbym nikogo z nas ruszyć". A ja - miałem wtedy zaledwie 7 lat - słysząc z boku tę rozmowę pomyślałem: Czy to nie po to właśnie mojego Ojca wyznaczono na komendanta taboru ewakuacyjnego rodzin leśniczych, by go tutaj nie było? Świadczy to najlepiej, jak konflikt na podłożu narodowości zdołał już zapaść w świadomość dziecka.

Jezioro Mały Gąsiorek, ok 1930 roku
Grób żołnierza polskiego.Fot. Tadeusz Chrzanowski, 2005 r.

Ojciec zgłosił natychmiast swój powrót telefonicznie do Nadleśnictwa. Władze niemieckie poleciły leśnikom kontynuowanie pracy na dotychczasowych zasadach, do czasu otrzymania nowych wytycznych. Ojciec przystąpił zatem przede wszystkim do sprawdzenia lasu. Wkrótce odkrył zwłoki dwóch polskich żołnierzy. Jeden z nich zginął od kuli (chyba samolotu) na polanie zwanej „Pawłówka", nad brzegiem Zalewu Żurskiego. Drugi owinął sobie podręcznym opatrunkiem kikut ręki po dłoni, urwanej odłamkiem bomby lotniczej, zaparł się mocno w pniach starej leszczyny na górce nad jeziorkiem „Gąsiorek Mały", ułożył sobie karabin na kolanach i tak, pozorując czuwanie na stanowisku, zmarł z upływu krwi, oczekując zapewne pomocy jakiegoś sanitariusza. Obaj musieli zginąć trzeciego lub czwartego września 1939 roku, bo czwartego, Niemcy wkroczyli do Żura i Wałkowisk, a zapewne też do lasu Wyder. Przy pomocy swoich polskich robotników leśnych, Ojciec po cichu pochował obu żołnierzy w lesie, w pobliżu miejsc, gdzie zginęli. Nie zgłaszał chyba tego faktu policji niemieckiej, nie był bowiem pewien, jak Niemcy zachowują się wobec zwłok żołnierzy polskich. A tak, to każdy z nich otrzymał solidny grób z krzyżem, nakrytym żołnierskim hełmem. Ich tabliczki identyfikacyjne pozostawiono przy zwłokach, a tylko numery z tabliczek przekazał Ojciec do Nadleśnictwa. Nie pamiętam, by ktoś później się tymi grobami interesował. Pozostawały one pod opieką Ojca i jego robotników leśnych. Tylko drugi z żołnierzy miał przy sobie zapieczętowany list, zaadresowany do kobiety. Ojciec wysłał do niej ten list, z informacją skąd go ma i gdzie jest grób autora. Po pewnym czasie dostał od niej odpowiedz, ze autor listu, jej mąż, żyje i właśnie powrócił do domu. A list ten napisał tuż przed wojną i zostawił koledze, by ten przesłał go żonie w razie, gdyby autor zginął. A tu zginął właśnie ten kolega, który miał ewentualnie list wysłać. Nie wiem, czy jakoś powiadomiła rodzinę tego, który zginął. Broń i amunicję, znalezioną przy żołnierzach i jeszcze gdzie indziej po lesie, Ojciec ukrył, jak mi powiedział w mrowiskach. Nie mówił mi tylko, w których i gdzie. Przyniósł też z lasu do domu płaszcz wojskowy wełniany, który przypadkiem pasował na niego rozmiarem. Ojciec był szczupły, lecz mierzył sobie 192 cm. Zmienił w płaszczu guziki wojskowe z orzełkiem na rogowe, i chodził w nim potem do pracy. Przyniósł też z lasu kilka znalezionych saperek wojskowych, jakąś maskę przeciwgazową oraz różne bagnety, które służyły nam, dzieciom do zabawy. Wkrótce po powrocie wybrał się Ojciec do Artura Bohma do Spławia z prośbą by ten, mając własny motocykl, pomógł mu odzyskać i przywieźć do Wyder pozostawioną pod Bydgoszczą broń. Artur przyjął Ojca w czarnym mundurze oficera SS. Odpowiedział: „Słuchaj Vogt. Jeżeli jesteś Niemcem, to idź na policję, złóż odpowiednie oświadczenie[16], a policja sama pomoże ci odzyskać utraconą broń. Nie będziesz musiał nawet tam z nimi jechać. Ale jeżeli nie, to daruj, dla Polaka czegoś takiego nie zrobię. A policję powiadomię, że tam gdzieś taka broń leży, by nie wpadła w niepowołane ręce". Była to chyba ostatnia rozmowa Ojca z Arturem. Ojciec wyzbył się wszelkich złudzeń, a drogą sobie broń bezpowrotnie utracił.

W początku grudnia 1939 roku Ojciec dostał telegramem wiadomość o śmierci i pogrzebie swojej matki Emilii. Bez większych trudności otrzymał z Policji w Osiu zezwolenie i pojechał na pogrzeb do Warszawy. Przy tej okazji zawiózł nieco mięsa i wędlin na Święta do rodziców i brata Mamy. Spotkał się z siostrami. Dowiedział się też, że mąż starszej z nich, Zofii - porucznik Wojska Polskiego, był z wojskiem gdzieś pod wschodnią granicą i dotąd nie powrócił. Ojciec wrócił do domu przed samymi Świętami, bardzo przygnębiony obrazami zniszczeń i ulicy okupowanej Warszawy.

Na marginesie muszę zauważyć, że rodzice starali się izolować nas, dzieci od wiadomości niepomyślnych lub wręcz złych. O wielu wydarzeniach z jesieni 1939 roku na Pomorzu, jak np. o zgarnięciu przez Niemców i wymordowaniu wielu polskich właścicieli ziemskich, działaczy politycznych, przedstawicieli inteligencji i kleru, ale również wszystkich pacjentów Szpitala dla Umysłowo Chorych w Świeciu, o wydarzeniach w Bydgoszczy w początkach września 1939 roku, o zrywaniu ludzi nocą ze snu i wywożeniu ich na roboty do Niemiec lub do obozów koncentracyjnych i innych podobnych wydarzeniach, dowiedziałem się dopiero znacznie później, lub nawet dopiero po wojnie. Ale przecież rodzice wiedzieli o tym na bieżąco, a wiedza ta musiała wpływać stymulująco na ich postawy i zachowania. Jak inni polscy Pomorzanie, czuli się zapewne terroryzowani, a tylko dzieci starali się od tych wpływów chronić.

Jeszcze w październiku 1939 zdechł na zawał serca Ojcowy wierny towarzysz, wyżeł Rex. Był stary, miał ponad 14 lat. Potem w śniegach stycznia 1940 roku zapadł się gdzieś i zginął Mamy jamnik Żuk. Natomiast w listopadzie 1939 przytulał się do leśniczówki jakiś pies - niezbyt rasowo czysty owczarek alzacki. Najpierw krył się po krzakach, potem gdy przysypał śnieg, schował się do naszej stodoły. Za każdym razem, gdy ktoś z nas wychodził z domu, pies nas oszczekiwał, lecz nie atakował. W końcu Ojciec postanowił dawać mu jedzenie. Najpierw do stodoły, potem na podwórko, coraz bliżej ganku, wreszcie na ganku, potem w sieni. Ostatecznie pies się oswoił. Tyle, że nie można było się z nim porozumieć. Na głos nie reagował. Głuchy, czy co? W końcu któregoś dnia zeźlony Ojciec powiedział do niego jakieś polecenie po niemiecku. A pies nagle z radością skoczył mu do piersi! Okazało się, że pies ten pochodził z jakiegoś domu niemieckiego. Został u nas. Nazwaliśmy go Dzikus. Wkrótce nauczył się polskich zwrotów i poleceń. Był bardzo wierny. Spał w domu, w sieni. Ale całe dnie przebywał na dworze i głośnym szczekaniem sygnalizował, gdy obok domu pojawił się ktoś obcy. Obcemu nie pozwolił przekroczyć furtki podwórka Ale gdy powiedziano psu, że to „swój" lub kazano „leżeć", to pies przestawał się nim interesować, pozostawiając gospodarzom. Gdy wychodziłem poza teren leśniczówki, Dzikus zawsze mi towarzyszył. Kiedyś mnie obronił przed agresją spotkanego w lesie chłopaka. Podobnie chronił moją siostrę Izie, gdy sama, bez opieki, wypuszczała się poza ogrodzenie domu. Mieliśmy z Dzikusa naprawdę wspaniałą ochronę nas i naszego dobytku.

Zima 1939/1940 była śnieżna. Na podwórkach leśniczówki wiatr nawiał zaspy śniegu do wysokość płotu. Przydały się nasze saperki. Rodzice sami obrabiali swoje gospodarstwo i inwentarz. Noszenie opału, wody, ciepłej karmy dla zwierząt, nie było w tych warunkach łatwe. Ale i znacznie gorsza była niepewność dalszego losu. Zimowych robót w lesie tej zimy nie było.

Z Nowym Rokiem zjawił się w Szarłacie nowy nadleśniczy, Niemiec, a wraz z nim drugi, na stanowisko inspektora leśnego. On to później w trybie doraźnych inspekcji nadzorował pracę leśników. Odwołany ze stanowiska nadleśniczy Polak, starszy już człowiek, usunął się tylko cicho w cień, i chyba przeżył wojnę[17].

Gau Westpreussen

Oskar Vogt z żoną i dziecmi. Lato 1940 roku

Wczesną wiosną 1940 roku ukazała się ustawa o przyłączeniu do Rzeszy Niemieckiej: Pomorza, Wielkopolski i Śląska oraz utworzeniu Generalnej Gubernii Warszawskiej jako terytorium podporządkowanego. Dla Pomorza powołano niemiecką jednostkę administracyjną „Gau Westpreussen" (Obszar Prusy Zachodnie) z siedzibą w Gdańsku. Na obszarze tym zaczęło obowiązywać prawo Rzeszy Niemieckiej (Reichu). Wynikające z niego zmiany dla naszego życia wówczas to wprowadzenie trzech kategorii obywatelstwa niemieckiego na ziemiach przyłączonych do Niemiec: reichsdeutsch, czyli rdzenny Niemiec, volksdeutch - z narodu niemieckiego i eingedeutcht - zniemczony. Wszyscy inni mieszkańcy Pomorza, nie zakwalifikowani przez władze niemieckie do którejś z tych trzech kategorii (Polacy, Żydzi, Cyganie itp.) byli całkowicie pozbawieni jakichkolwiek praw obywatelskich. Ponadto, jako obowiązkowe pozdrowienie w miejscach publicznych nakazano zwrot: „Heil Hitler" (cześć Hitlerowi) z wyciągnięciem wyprostowanej prawej ręki pod kątem 135° przed siebie. Pozdrowienie to wkrótce sparafrazowali sami „cywile" niemieccy, zastępując je niedbałym machnięciem podniesionej prawej ręki i zwrotem „Hajtla". Ale co najmniej to obowiązywało. Żadnego „Guten Tag", „Guten Morgen" (dzień dobry) lub "Aufwiedersehen" (do widzenia). Wszelka korespondencja musiała być zaadresowana w języku niemieckim (niemieckie imię adresata, nazwa miejscowości). Korespondencja zaadresowana po polsku, była po prostu wyrzucana do kosza.

Wkrótce po tym wprowadzono nakaz rozmawiania po niemiecku wszędzie w miejscach publicznych. Za mówienie po polsku na ulicy lub w sklepie, można było dostać „w pysk". Sprzedawcom w sklepach, na stacjach kolejowych, w lokalach, itp. nie wolno było obsłużyć zamówienia, wyrażonego w języku polskim. Dzieci rodziców, którzy otrzymali którąś kategorię obywatelstwa niemieckiego, miały obowiązek uczęszczania do niemieckiej szkoły, a po ukończeniu 18 lat, obowiązek służby wojskowej w wojsku niemieckim. Warto może przypomnieć te „prawa obywatelskie" dzisiejszym mieszkańcom Pomorza, bo nie wiem, czy większość z nich w ogóle o nich słyszała. Dodam tylko, że mieszkańcy „Gau Westpreussen", którzy nie otrzymali łaskawie od władz którejś z tych trzech kategorii obywatelstwa niemieckiego, nie mieli praktycznie prawa do pracy (a co najwyżej do pracy najgorszej) i nie otrzymywali później żadnych kartek żywnościowych gdy te, chyba od 1942 roku, zostały wprowadzone. Było to szczególnie dotkliwe dla mieszkańców miast. Dzieci takich rodziców nie miały prawa uczęszczać do żadnej szkoły, nie miały też „zaszczytu" służby wojskowej.

W początku kwietnia 1940 roku pod naszą leśniczówkę podjechał samochód osobowy. Wysiadło dwóch elegancko ubranych panów. Ojciec wyszedł przed dom. Zaczęli rozmowę bez ogródek: "Czekaliśmy dotąd, ale pan się u nas nie zjawił, więc to my przyjechaliśmy do pana. Panie Vogt, czemu nie składa pan wniosku o drugą kategorię obywatelstwa niemieckiego? Przecież jest pan Niemcem, wszyscy wokół o tym wiedzą!" Długo Ojciec tym przedstawicielom władzy tłumaczył, że nie jest i nie czuje się Niemcem, że o żadną kategorię obywatelstwa niemieckiego nie ma zamiaru występować. Ma obywatelstwo polskie. A nazwisko odziedziczył po przodkach, nie czuł nigdy potrzeby jego zmiany na inne, o bardziej polskim brzmieniu. To nazwisko mu się podoba, ale należy ono do przeszłości choć musi przyznać, że miał z nim wśród Polaków kłopoty. Rozmowa przebiegała spokojnie, na argumenty, bez pogróżek. Skończyła się tym, że panowie zostawili Ojcu jakieś papiery, by się nad nimi zastanowił i oświadczyli, że będą oczekiwali Ojca w Osiu w najbliższym czasie. Odjechali, a Ojciec głośno skomentował po polsku całe spotkanie: „Wasze niedoczekanie!" Nie docenił jednak przeciwnika. Po dwóch tygodniach został wezwany na policję w Osiu. Pojechał. Po kilku godzinach wrócił mocno wzburzony. Słyszałem, jak mówił do Mamy: „Niestety, ale musiałem podpisać". Mama na to z wyrzutem:„Jak chcesz, ale ja niczego nie podpiszę". Ojciec na to: „Ty nie musisz, ale ja jestem na posadzie państwowej, a tu podpisanie zgody jest warunkiem pozostania w pracy. Powiedziano mi brutalnie wprost: "Jeżeli pan nie podpisze, traci pan pracę, służbowe mieszkanie, dorobek całego życia. Wywieziemy pana z rodziną, razem lub osobno, na roboty do Niemiec lub do obozu pracy (tak eufemistycznie nazywano późniejsze obozy zagłady), i po co to panu. Miejscowi Niemcy wysoko sobie pana cenią, my też nic przeciwko panu nie mamy, ale decyzja należy do pana". I komentarz Ojca do Mamy: „Nie mogłem przecież dobrowolnie skazywać Ciebie i dzieci na poniewierkę. Przecież to nie Wasza wina, że Polska przegrała wojnę, i to przy pomocy aliantów". Mama wreszcie jakoś zrozumiała niebezpieczeństwo, jakie nam wszystkim zagrażało, i pogodziła się z losem.

Boże Narodzenie w Wydrach, 1940 rok

Ale dla Ojca było to okropne przeżycie. Wreszcie i on oswoił się z powstałą sytuacją. Nam dzieciom, a zwłaszcza mnie, bo Izia była jeszcze malutka, starał się potem przedstawiać sytuację w różowych barwach. Nie wiedział, że słyszałem Jego rozmowę z Mamą. Nie sprawdzałem nigdy Ojca dokumentów, ani też go o to nie pytałem. Sądzę, że został wtedy zmuszony do podpisania deklaracji na III kategorię obywatelstwa niemieckiego: „Eingedeutscht". Miał bowiem później takie same prawa, jak pozostali koledzy leśnicy i inni Polacy, którzy przyjęli to niemieckie obywatelstwo najniższej kategorii. Nie wiem też, czy i jakie oni przeżywali związane z tym skrupuły. Byłem wtedy zbyt małym dzieckiem, by ktokolwiek chciał ze mną dyskutować na ten temat. A czy ja byłbym zdolny, coś z tego zrozumieć? Jesienią 1946 roku wyjechałem z Pomorza i nie wiem, czy problemy te były tam w ogóle i w jaki sposób rozważane po wojnie. Faktem jest, że społeczeństwo Pomorza bez jakiegoś większego oporu, pozwoliło sobie narzucić te germanizacyjne poczynania Niemców.

Nie pamiętam już po co, Ojciec mój był w 1942 roku w Poznaniu. Wrócił oszołomiony. Na ulicy, w sklepach, w tramwajach, na dworcach kolejowych, w urzędach pocztowych, Polacy w Poznaniu mówili po polsku! I nikt nawet nie śmiał zwrócić im uwagi. Nie pozwolili się sterroryzować. A przecież Wielkopolska, podobnie jak Pomorze, też została włączona do Rzeszy. Dopiero po latach, już jako człowiek dorosły, uświadomiłem sobie, że ludność Pomorza podlegała wpływom germanizacyjnym od czasów krzyżackich. To nie były tylko skutki rozbiorów i 130 lat niewoli. Germanizacja Pomorza sięgała 700 lat! Zacząłem teraz też rozumieć, spotykane niekiedy wśród starych Polaków na wsi sentymenty do dawnych czasów „za Kajzera". Zwłaszcza, że byli wtedy młodzi. To dlatego Pomorzanie przyjmowali kolejny przymus obywatelstwa niemieckiego jako jeszcze jeden, przejściowy dopust losu, z którym bez szemrania należało się pogodzić. Bez zbędnych skrupułów, „w sobie" pozostawali Polakami, i to im wystarczyło. Niestety nie dostrzegali tego lub nie mogli pojąć moi rodzice, wychowani oboje w zupełnie innych doświadczeniach i tradycjach „Kongresówki". A świadomi obciążenia swoim niemieckim nazwiskiem, nie mieli widać odwagi porozmawiać o swoich wątpliwościach z kimś miejscowym. To jeszcze jeden dowód, jak bardzo byli „obcy wśród swoich".

Po tych wydarzeniach życie nasze potoczyło się na pozór normalnym torem. Ojciec organizował roboty i kierował pracami w lesie jak dotąd. Wizytujący go kilkakrotnie w roku niemiecki inspektor z nadleśnictwa, a czasem nawet sam nadleśniczy, nie byli zbyt dokuczliwi. Na ogół nawet sympatyczni. Tylko po wprowadzeniu nakazu rozmawiania w języku niemieckim, mieli zastrzeżenia, co do używania języka polskiego przez robotników, ale i przez Ojca w lesie. Upomniany przez zwierzchników, odpowiedział, w obecności swoich robotników Niemców, że miał takie problemy już przed wojną tyle, że wtedy o rozmawianie w lesie z robotnikami po niemiecku. Natomiast rozporządzenie Gauleitera (Kierownika Obwodu) nakazuje rozmawiać tylko po niemiecku w urzędach, w sklepach i na ulicy. Nie mówi nic o polu, lesie i domu. Tu niemieckie zdyscyplinowanie kazało zwierzchnikom zamilknąć. Do sprawy już nigdy nie wrócili. Przywrócono też Ojcu prawo posiadania i używania broni myśliwskiej. Przyniósł sobie z lasu schowany tam karabin wojskowy. Zaprzyjaźniony ślusarz z Elektrowni zagrawerował na nim znaki i numery broni polskiej i przygiął rączkę zamka do kolby tak, jak to było w przedwojennym Ojca Mauserze. Inny, stolarz artysta, wyrzeźbił na kolbie jakieś rysunki. I nikt by się nie dopatrzył, że to były karabin wojskowy. Potem, ale jeszcze przed końcem 1940 roku, Ojciec kupił sobie dubeltówkę kaliber 12. Przydała mu się bardzo do jesiennych polowań na dzikie gołębie (przyleciały wtedy po raz pierwszy na żołędzie, oblepione sowicie na dębach, rosnących nad polem leśniczówki, przy brzegu starego koryta rzeki Wdy) i ptactwo wodne. A wiosną i latem następnego roku broń ta skutecznie posłużyła do walki ze szkodnikami drobiu w gospodarstwie leśniczówki (lisami, kunami, jastrzębiami), które też w międzyczasie zdołały się nadmiernie rozmnożyć.

W gospodarce leśnej nowością było zbieranie żywicy z drzew przeznaczonych zimą do zrębu. Do zestawu oprzyrządowania leśnego doszły narzynki do wycinania rowków w pniach drzew, blaszane rynienki do odprowadzania spływającej żywicy i gliniane doniczki (bez otworu w dnie) do gromadzenia spływającej żywicy. Zebraną żywicę zlewano z doniczek do beczek, w których odstawiano ją do fabryki, podobno na terpentynę. Inną nowością był obowiązek budowy karmników i dożywiania zwierząt leśnych w okresie zimy. Nadleśnictwo przeznaczało określone fundusze na ten cel, a za prawidłowe ich wykorzystanie odpowiedzialny był leśniczy. Zimą roku 1941 i 1942 roku Ojciec musiał też zorganizować polowanie z nagonką. Rozstawiał myśliwych na stanowiska i kierował pracą nagonki. Sam nie brał udziału w polowaniu. Nie zostali też na nie zaproszeni leśnicy, koledzy Ojca. Do udziału w polowaniu dopuszczeni zostali tylko Niemcy, zaproszeni przez nadleśniczego z okolicznych majątków ziemskich i urzędów. Nie było też uroczystego przyjęcia myśliwych po polowaniu w leśniczówce. Gorący bigos z chlebem był rozdany gościom z kotła na leśnej polanie. Gdy łów był obfity, a myśliwi zadowoleni, leśniczy - organizator polowania dostawał w nagrodę zająca. Zimą 1943 roku polowania nie było. Po Stalingradzie nie wypadało?

W okresie okupacji leśnicy Polacy nie nosili mundurów służbowych. Przyjmując za wzór strój leśny, jaki nosili jego dziadek i ojciec, gdy kiedyś byli leśnikami w lasach prywatnych, Ojciec mój ubierał się do pracy w lesie w cieplejszą lub lżejszą, ciemno zieloną wiatrówkę, z zapinanymi kieszeniami na piersiach i po bokach. Na głowie nosił takiż ciemno zielony filcowy kapelusz z pędzelkiem z włosia dzika, umocowanym po lewej stronie, za szarfą. Zimą zakładał na to przyniesiony w 1939 r. z lasu polski płaszcz wojskowy, z guzikami rogowymi.

W samym lesie Wyder okres wojny nie przyniósł jakichś większych szkód. Z istotniejszych zmian, trzeba wymienić, że zrębem 1940/1941 wycięto, na wniosek Ojca, starodrzew sosnowy w oddziale 208 (obecnie 262), stosunkowo bardzo zniszczony bombami lotniczymi w 1939 roku. Po ścieżce, wydeptanej niegdyś przez inżyniera Hoffmanna od zapory do leśniczówki, zbudowana została utwardzona droga jezdna, długości 700 m. Skróciło to znacznie drogę i ułatwiło dojazd do leśniczówki samochodów nadleśnictwa, ale też i sprzętu rolniczego i transportu płodów rolnych do i z leśniczówki. Od strony zapory na wjeździe na tą drogę ustawiony został szlaban, do którego klucze miał leśniczy, nadleśnictwo i elektrownia. Wywóz drzewa z lasu prowadzony był nadal przez Spławie.

W latach 1943-1944 rozpoczęto wycinanie drzewostanu w pasie szerokości 30 m i długości około 7 km, dla przyszłej linii elektrycznej wysokiego napięcia 60 kV z Elektrowni Żur do Tucholi. Projekty tej linii przesyłowej powstały jeszcze przed wojną, ale została ona zbudowana dopiero po 1947 roku.

Gospodarstwo przy leśniczówce

Leśniczy Oskar Vogt z córką. Boże Narodzenie, rok 1940

W latach 1940-1944 gospodarstwo rolne leśniczówki prowadzili moi rodzice sami, najmując tylko robotnika na przychodne do obsługi inwentarza oraz fizycznie cięższych prac gospodarczych. Ze wsi wynajmowany był również sprzęt, konie i ludzie do orki, zasiewów, koszenia i zbiorów oraz młócki zbóż i transportu. Sam Ojciec musiał teraz poświęcać więcej czasu gospodarstwu rolnemu leśniczówki. W latach wojny wydajność tego gospodarstwa miała istotne znaczenie dla wyżywienia rodziny, i nie tylko. W 1942 roku Niemcy wprowadzili kartki żywnościowe dla miast oraz obowiązkowe dostawy produktów z gospodarstw rolnych. W naszym przypadku dostawy obowiązkowe objęły określone ilości zboża, ziemniaków, świń i jajek. Obok tych dostaw, jak mi dopiero teraz Matka powiedziała, bo wówczas dzieciom się takich rzeczy nie mówiło, a potem już nie było o czym mówić, pewne ilości żywności przekazywane były, już dobrowolnie, gdzieś (dokąd, to nawet Mama nie wiedziała) na wyżywienie ludzi, którzy z różnych powodów ukrywali się po miastach przed władzami niemieckimi, a nie otrzymywali przecież żadnych kartek żywnościowych. Skojarzyłem sobie teraz, że chyba w 1942 roku nawiązana została bliższa znajomość mojego Ojca z młynarzem Plinskim, właścicielem młyna wodnego w Żurze, poniżej elektrowni. Znajomość ta rozwinęła się z czasem w przyjaźń. Kilkakrotnie byliśmy rodziną goszczeni w prywatnym domku (dawnym stylowym drewnianym dworku szlacheckim) młynarza, a ja przy którejś okazji miałem sposobność zwiedzić młyn wodny i zapoznać się z zasadami jego działania. I chyba ten młynarz i jego młyn, był właśnie skrzynką kontaktową przekazu rolnych produktów spożywczych z okolicznych zapewne wsi - przecież nie tylko z Wyder - chyba do Świecia. Konne przewozy ziarna do przemiału, a potem mąki, mogły doskonale maskować przewóz i innych produktów.

W gospodarstwie rodziców pojawiły się w tych latach znaczne ilości kurczaków, kur, gęsi, kaczek, perliczek i indyków. Nie były one wysiadywane z jajek na miejscu, ale były w znacznych ilościach sprowadzane z wylęgarni w Świeciu. To w ich obronie Ojciec musiał nie raz używać swojej dubeltówki, o czym już wspominałem. Króliki hodowlane, które były znaczącym źródłem mięsa spożywczego, futerka na kołnierze i zimową odzież. Przy okazji były wspaniałym zajęciem dla nas, dzieci. Zbieraliśmy dla nich pokarm, karmiliśmy je, ale też bawiliśmy się z nimi. Dwa ule pszczół, które nam dostarczały sporo miodu z kwiatów okolicznych pól i lasów. Obsługi uli i zbiorów miodu Ojciec się dopiero wtedy uczył, ale zbiory były i tak imponujące i cenne.

W latach 1940-1942 Nadleśnictwo Szarłata wykonało szereg ważnych robót w obiektach leśniczówki. Do obory dobudowany został od strony pola betonowy, duży zbiornik obornika i gnojówki, połączony z nią kanałami i dodatkowymi drzwiami. Zlikwidowano i zasypano piaskiem poprzedni zbiornik gnoju, usytuowany po środku podwórza gospodarczego. Podwórze zostało przez to znacznie powiększone, a warunki higieny dla zaprowadzonej tam właśnie rozległej hodowli drobiu, uległy znacznej poprawie. Wyremontowane zostały dachy na wszystkich budynkach leśniczówki Wymieniono całkowicie legary i podłogę pod największym pokojem mieszkalnym na parterze budynku leśniczówki. Ciekawostką jest, że pod zerwaną podłogą tego pokoju znalazłem na ziemi sporo różnych monet gdańskich groszy (miedzianych, z dorszem na rewersie), które wpadły tu szparami, pomiędzy deskami starej podłogi, gdy towarzystwo zabawiało się w tym pokoju grą w karty. Nie wiem tylko, czy były to numizmaty odłożone z zabaw Vogtów, czy może zabytki jeszcze po leśniczym Eckercie. Ogrodzono też wszystkie place i zabudowania leśniczówki nowym płotem, starannie wykonanym ze skrzyżowanych, rozciętych drągów sosnowych, grubości od 5 do 8 cm. A przede wszystkim, zaraz wiosną 1940 roku, nakazano ustawienie obok budynku leśniczówki 16-metrowego masztu z linką na rolkach, do wciągania hitlerowskiej flagi ze swastyką, którą musiały być dekorowane wszystkie obiekty państwowe z okazji różnych świąt. Leśniczówka też.

Wichry światowej wojny

Wydry w sierpniu 1942 roku. Od prawej: Zofia Walterówna i Halina Vogtowa z córką Izą.

Choć wichry wojny omiatały całą Europę, a potem i cały świat, życie w naszej leśniczówce toczyło się spokojnym torem. Wydawało się, że tak będzie zawsze. A potem ktoś nas wyzwoli. Brakowało nam trochę towarzyskich spotkań i rozrywek, których do 1939 roku dostarczały związki z Klubem Kajakowym. Działalność Klubu była teraz zakazana, a sprzęt wodny skonfiskowany. Wolno było wprawdzie kąpać się i plażować nad zalewem, przy dawnej przystani, ale nie był to ruch organizowany i kogoś z dawnych znajomych, spotykało się raczej sporadycznie. Częściej znajomych z elektrowni można było spotkać w lesie, gdy z rodzinami wybrali się na spacer lub po owoce lasu. Zwykle przy takich okazjach przechodzili ścieżką przez mostek na starym korycie rzeki Wdy i nasze pole, do drogi obok naszej leśniczówki. Wszystko to były spotkania przypadkowe.

Wiedzę o wydarzeniach na świecie Ojciec brał z prenumerowanej dla leśniczych chyba przez nadleśnictwo, niemieckiej gazety codziennej „Voelkischer Beobachter" (Obserwator Narodowy) oraz z radia, przestrojonego teraz na falę „Deutschlandsender" (Radio Stacja Niemcy"). Dopiero w początku 1942 roku udało się Ojcu zakupić w Świeciu amatorsko zbudowane radio na fale krótkie, na którym przy stosownej pogodzie mógł wieczorami słuchać Londynu lub Moskwy, na najwyższym piętrze budynku leśniczówki i przy odpowiednio wystawionej antenie (leśniczówka leży w dolinie). Wtedy też przychodzili czasem wieczorami przyjaciele z elektrowni by posłuchać zagranicy. Nad bezpieczeństwem słuchaczy czuwał na dworze pies Dzikus.

Gdy latem 1940 roku zmarł w Warszawie ojciec Mamy -Adolf Walter, rodzice nie mogli uzyskać koniecznej w takich przypadkach, szybkiej zgody władz niemieckich, i Mama na pogrzeb nie pojechała. Dopiero latem 1942 roku udało się Ojcu uzyskać zgodę władz niemieckich na przyjazd z Warszawy do Wyder babci Joanny Walterowej z córką Zosią. Były u nas przez dwa tygodnie. Poza radością spotkania rodzinnego, wizyta ta wzbogaciła wzajemną informację o warunkach życia i sytuacji politycznej u nas i w Warszawie, o czym nie można było na ogół pisać w często wymienianej korespondencji.

Po najeździe Niemiec na Holandię, Belgię i Francję, Ojciec kupił gdzieś dużą, szkolną mapę ścienną Europy i rozwiesił ją na ścianie dużego pokoju w mieszkaniu. Skrupulatnie nanosił na niej i aktualizował pozycje wcjenne wojsk niemieckich. Na mapie tej zmieściły się nawet zmagania Rommla w Afryce. Często przesiadywałem pod tą mapą. Były to moje pierwsze lekcje geografii. Gdy w niedzielę 22 czerwca 1941 roku, niebo nad leśniczówką aż po horyzont, od wczesnego ranka, przez wiele godzin przesłoniły klucze niemieckich samolotów, lecących na wschód, a powietrze przeszywał nieustanny grzmot silników samolotowych, Ojciec skomentował wydarzenie krótko: „To są zęby, które Hitler połamie sobie wreszcie na Rosji. W historii był już taki odważny, zwał się Napoleon."

Porucznik Wojska Polskiego Jan Szpakowski (szwagier Oskara Vogta). Zamordowany przez Sowietów w Katyniu w 1940 roku

Po zawodzie, jaki sprawili nam sojusznicy w 1939 roku, a potem po upadku Paryża i ucieczce wojsk angielskich spod Dunkierki, Ojciec całkowicie stracił zaufanie do aliantów. Nawet niechętnie słuchał radia Loncyn stwierdzając, że jest to tylko bałamutne gadanie. Niezłomnie wierzył, że w tej wojnie tylko Rosja zdoła pokonać Niemcy. Jego zdaniem, sukcesy aliantów pod El Alamain, lądowanie potem na Sycylii i we Włoszech, miały przede wszystkim wygodne dla aliantów znaczenie propagandowe. A były realizowane wtedy, gdy już Niemcy wykrwawili się w Rosji. Za to, po przyznaniu się Niemców w 1943 roku do klęski pod Stalingradem, Ojciec powiedział: „No, to teraz z komunikatów Oberkomando der Wehrmacht (Sztabu Generalnego Armii Niemieckiej) coraz częściej będziemy dowiadywali się, że wojska niemieckie przeszły na, lub zajęły właśnie z góry upatrzoną pozycję. Tyle, że teraz będzie ona zawsze do tyłu". Po wypadku lotniczym gen. Sikorskiego w Gibraltarze, Ojciec skomentował: „Czyja korzyść, tego wina. Prawdy dowiemy się może za 50 lat. Ja i tak już nie będę żył". A gdy w 1943 roku dotarły do nas niemieckie informacje o morderstwie polskich oficerów w Katyniu (zginął tam też mąż jego siostry Zofii), nie miał żadnych wątpliwości, że była to robota Rosjan. Skomentował to tak: "Po wojnie 1920 roku, nie mogliśmy się niczego innego spodziewać. Dziwię się tylko, że nasi dali się Rosjanom wziąć do niewoli. Przecież wiedzieli, że Stalin w 1938 roku wymordował wszystkich, co zdolniejszych dowódców własnej armii. A tu dowódców wroga miałby oszczędzać?". Piszę o tym, by pokazać stosunek Ojca do wojny i jej uczestników. Słyszałem te wypowiedzi tylko w domu. Nie wiem, czy je gdzieś jeszcze wygłaszał. Raczej nie miał gdzie. Robotnicy leśni nie byli raczej audytorium do takich rozważań. Może wśród kolegów leśników? Może przy spotkaniach z przyjaciółmi z elektrowni? Krąg słuchaczy był zapewne wąski.

Tolek dezerter

W połowie sierpnia 1943 roku przyjechał do Wyder znajomek Ojca ze Świecia z 20-letnim młodzieńcem. Chłopak jest w wojsku niemieckim. Był przez rok na przeszkoleniu we Francji. Teraz dostał trzy tygodnie urlopu i jest w domu. Po urlopie ma pojechać do jednostki gdzieś na front wschodni. Nie chce. Zamierza zdezerterować. Znajomek prosi Ojca by ukrył chłopca we Wydrach przez zimę, a w międzyczasie przyjaciele ze Świecia znajdą mu jakieś dalsze kontakty, umożliwiające przetrwanie do końca wojny. Mama była niechętna. Nie chciała podejmować ryzyka. Ale Ojciec, pomny wciąż niewyraźnej swojej pozycji w polskim społeczeństwie Pomorza, nie chciał jej jeszcze pogarszać brakiem współdziałania ze środowiskiem w rozwiązywaniu jego trudnych problemów. Przekonał Mamę. Panowie od razu zostawili dużą paczkę z cywilnym ubraniem dla przyszłego dezertera.

Po kilkunastu dniach, nocą przyszedł do leśniczówki Tolek, tak miał na imię dezerter. Jego nazwiska chyba nigdy nie znałem[18]. Ojciec wpuścił go na umówiony sygnał, i zakwaterował w pokoju na piętrze, nie używanym przez nas. Pokój ten miał dwa okna, skierowane na wieś Wałkowiska i z daleka widać było zapalone w nim światło. Był to jednak jedyny pokój, ogrzewany drzewem w piecu, do którego nie wchodziły zimą dzieci. Zapewniało to zachowanie tajemnicy. Tolek nie mógł tylko używać światła elektrycznego, by nie zwracać uwagi otoczenia. Wodę do mycia, wiadro na zlewki i wypróżnienia oraz drzewo na opał, dostarczał mu Ojciec, a jedzenie Mama lub Ojciec. W tym czasie nikt u nas nie pracował. Ojciec sam obrabiał inwentarz i dom, i nikt obcy po obejściu ani po domu, się nie kręcił. Pies poznał Tolka i uznał za „swojego", Tolek tylko w nocy mógł wychodzić na powietrze, na podwórze lub do lasu i to pod ochroną psa, który zawsze sygnalizował zbliżanie się kogoś obcego.

Konspiracja była tak dobra, że my dzieci, dowiedzieliśmy się o Tolku dopiero w końcu listopada, po trzech miesiącach. Wykryła go całkiem przypadkowo moja siostra Izia, gdy przy pierwszym śniegu weszła na górę po sanki. Tolek usłyszał jakieś nietypowe odgłosy kroków dziecięcych i przez ciekawość, nieostrożnie uchylił drzwi pokoju i wyjrzał na podest góry. Natychmiast potem się schował i domknął drzwi pokoju. Ale Izia go zauważyła i co ciekawsze, rozpoznała! Bez popłochu zabrała z przygórka obok swoje sanki i spokojnie zeszła na dwór. Dopiero tutaj powiedziała do mnie: „W pokoju na górze jest ten pan, co był u nas latem". Ja nawet nie pamiętałem, że ktoś był. Poszliśmy z tym odkryciem do Mamy. No i wszystko się wydało. Mama opowiedziała nam całą historię, uprzedziła też o nie bezpieczeństwie, jakie zagrażało nam wszystkim, gdyby ktoś obcy się o Tolku w naszym domu dowiedział. Przyrzekliśmy oboje solennie dochować tajemnicy. Tolek został nam przedstawiony. Odtąd jego życie w leśniczówce stało się łatwiejsze. Przebywał w dzień i wieczorami z nami, w naszym mieszkaniu na parterze. Nie musiał już wieczorami siedzieć na górze sam, po ciemku. Chyba, że wyjątkowo pojawił się u nas jakiś gość. Ale gości wówczas raczej już nie zapraszaliśmy, by nawet przypadkiem czegoś nie zauważyli. Tolek jadł teraz z nami posiłki, pomagał potem Mamie pozmywać. Polubiliśmy go i traktowaliśmy go jak członka rodziny. Opowiadał nam różne historie, bawił się z nami. A wierny Dzikus strzegł naszego bezpieczeństwa. Nawet do okien pokojów nikt obcy nie mógłby podejść. A wieczorem okna parteru były zawsze zasłaniane okiennicami, zamykanymi od wewnątrz.

Wspólnie z Tolkiem spędziliśmy też święta Bożego Narodzenia 1943 roku i Nowego Roku 1944, życząc sobie wzajemnie rychłego zakończenia wojny. Rozrzewniony sytuacją, Tolek opowiedział nam któregoś dnia jak to kiedyś, w czasie służby wojskowej we Francji, przyśniła mu się w nocy nie żyjąca już od kilku lat jego matka, która przestrzegała go słowami: „Nie idź do lasu". Tolek pod słowem „las" zrozumiał „Rosja" i wtedy postanowił uciec z wojska.

Doris z Dortmundu

W czasie pobytu Tolka u nas zaszły dwa zdarzenia, które mogły doprowadzić do „wpadki". Jeszcze w kwietniu 1943 roku poznałem 11-letnią Niemkę. Nazywała się Doris Manteuffel. W obawie przed alianckimi bombardowaniami zagłębia Ruhry, jej rodzice wysłali ją wraz z młodszą siostrą Elżbietą, z rodzinnego Dortmundu do stryjka, który od czasów przedwojennych miał własne gospodarstwo rolne w Polsce, w Wałkowiskach. Takich uciekinierów spod bomb, zwanych po niemiecku żartobliwie „Ausgebombte" (wybombardowani) było wtedy na Pomorzu znacznie więcej. Spotkałem Doris i jej siostrę, gdy od Wałkowisk, ze ścieżki do mostku na starym korycie rzeki Wdy, podziwiały piękny widok położonej w dolinie leśniczówki. Powiedziałem im, że ja tam właśnie mieszkam i zaprosiłem do obejrzenia z bliska. Z czasem znajomość przerodziła się w przyjaźń i dziewczęta dość często były zapraszane do nas, nawet do domu. Jako uczennice szkoły w dużym niemieckim mieście, były dla mnie cennym źródłem nauki „prawdziwego" języka niemieckiego. Bo ten wiejski niemiecki z Pomorza zawierał wiele elementów lokalnego narzecza. Wiele z tego, co do dziś umiem z języka niemieckiego, zawdzięczam ówczesnej znajomości i rozmowom z Doris.

Nawet wtedy, gdy był u nas Tolek, kontakty moje z Doris zostały, przy odpowiedniej ostrożności zachowane. Problem wystąpił, gdy gdzieś w styczniu 1944 roku, Doris poprosiła, czy mogłaby zobaczyć widok na Wałkowiska i elektrownię z okien górnego piętra leśniczówki. A tam był przecież Tolek! Gdy przetłumaczyłem słowa Doris Mamie, Mama bez namysłu odpowiedziała: „Bardzo proszę. Tylko nie dziś, bo tam brudno, dawno tam nie sprzątałam. Przygotuję pokój na następny raz." W następnym terminie Tolek został odpowiednio schowany, a jego rzeczy i ślady po nim usunięte. Niemki zobaczyły interesujący je widok, z ciekawości zajrzały też do innych zakamarków pierwszego piętra, gdzie miejscami było naprawdę wiele kurzu, i zadowolone zeszły na dół. Czasami potem zastanawiałem się, czy Doris sama wpadła na ten pomysł, czy też podsunął go jej stryjek, jako sposób na spenetrowanie niedostępnych na ogół pomieszczeń leśniczówki.

Antek Werner

Był to ciepły dzień w początku kwietnia 1944 roku. Do Ojca przyjechał komendant posterunku policji w Osiu z towarzyszącym mu policjantem. Obaj na koniach. Rozmawiali z Ojcem na podwórku, nie schodząc z koni. Twarzami byli zwróceni do Ojca, który stał przed gankiem. Pytali czy Ojciec nie spotyka w lesie kogoś sobie nieznajomego i prosili, by w takim przypadku starał się takie osoby zatrzymywać, a co najmniej by zgłaszał takie zdarzenia natychmiast na policję. Zalecali szczególną czujność. W czasie tej rozmowy ja stanąłem sobie z boku i podziwiałem konie. Nagle spojrzałem do góry i zmartwiałem. Z otwartego okna pokoju na piętrze, wychodzącego nad dach ganku, wystawił głowę Tolek, i podsłuchiwał rozmowę. Wystarczyło, by któryś z policjantów - tak jak ja - spojrzał do góry, a wpadka gotowa! Jakoś ostrożną gestykulacją zdołałem Tolka spłoszyć. Schował głowę. Gdy potem o wydarzeniu opowiedziałem Ojcu, awantura była setna. A brak ostrożności zemścił się później, w innych okolicznościach, na Tolku okrutnie. Ale Ojciec tez nie przyjął wtedy słów policjanta jako ostrzeżenie, że las Wyder staje się teraz obiektem szczególnej obserwacji władz niemieckich, i zaczyna być w nim niebezpiecznie! A czarne chmury już się niezauważalnie zbierały nad losem mojego Ojca. W połowie kwietnia 1944 roku z wizytą do Ojca zamówił się Antek Werner, 20-letni, najmłodszy z trzech synów Jana Wernera, technika elektryka, pracującego od dawna w Elektrowni. Chłopcy Wernera znali się z bliźniaczym rodzeństwem mojej Mamy, z ich pobytów na wakacjach we Wydrach przed wojną. Antek był dla Ojca bliskim znajomym. Teraz był na urlopie z wojska. Antek Werner był też szkolnym kolegą Tolka z gimnazjum w Świeciu. Gdy ten dowiedział się od Ojca o zapowiedzianej wizycie, chciał koniecznie móc przysłuchiwać się rozmowie, nie ujawniając się. Ojciec się zgodził i przed spotkaniem Tolek ukrył się za komodą, stojącą na ukos w pokoju. W czasie rozmowy, gdy Antek oświadczył Ojcu, że chce dezerterować z niemieckiego wojska i prosi o pomoc w znalezieniu mu kryjówki w lesie Wydr, Tolek nie wytrzymał i ujawnił się, dołączając się do prośby Antka. Pójdą do lasu razem, we dwóch. Zapomniał Tolek o przykazaniu matki we śnie! Ojciec się zgodził. Też nie pamiętał o tym, co mu przed kilkoma dniami powiedział policjant! Przecież dla Ojca to nie byli ludzie obcy!

Przygotowania potoczyły się teraz szybko. W czwartek 20 kwietnia 1944 roku (było to niemieckie święto narodowe -wszędzie wisiały „Fanny" - flagi ze swastyką) zostałem wysłany rowerem do Świecia z listem Tolka do jego ojca. Adres kontaktu był poufny i potem kazano mi go zapomnieć tak skutecznie, że nie mogę go sobie przypomnieć do dziś. Ojciec Tolka wystąpił też tylko pod imieniem, bez nazwiska. List przeczytał, popłakał się biedny nad nim, i odpisał. Ja dostałem jeszcze obiad, schowałem list i pojechałem do domu. List oddałem Tolkowi.

Ciemne chmury

Ojciec mój wyszukał miejsce na biwak chłopców w starym lesie świerkowym, nad wąskim, prawie niewidocznym, sączącym się w igliwiu strumykiem, cieknącym od jeziorka Sławno, przez bagno, do Zalewu Żurskiego. Miejsce było odludne w oddziale, który wówczas był ostoją zwierzyny (dzisiaj jest to oddział 245). Upłynęło jeszcze kilka dni i Tolek (niespodziewanie dla mnie) znikł z leśniczówki. Zapewne w tym samym czasie Antek uciekł z pociągu, wiozącego go na front wschodni. Było to w ostatnich dniach kwietnia 1944 roku. Żywność dostarczał Ojciec potem chłopcom do różnych, umówionych schowków w lesie. W ich obozie nigdy nie był. Nie zauważyliśmy nic niebezpiecznego w tym, że nowo zatrudniony w Elektrowni inżynier, z energicznym zapałem począł zwiedzać las Wyder. Każdego dnia po pracy wędrował ścieżką przez pole i drogą obok naszej leśniczówki, grzecznie pozdrawiając nas, gdy byliśmy akurat przed domem. Nikomu z nas nie przyszło nawet do głowy, że to może być gestapowiec! Któregoś kolejnego dnia w początku maja, spotkała mnie na szosie do Osia jakaś pani. Spytała, czy to ja jestem Jacek Vogt? Potem przedstawiła się jako Marysia i poprosiła: „Powiedz Ojcu, żeby był na spotkaniu u mnie we czwartek o godz. 17. Będzie pan z Gdańska". Gdy to Ojcu powtórzyłem przy Mamie, wybuchła awantura: „Prosiłam, byś ten kontakt przerwał. Ja do tych ludzi nie mam zupełnie zaufania, i nie chcę z tym mieć nic wspólnego!" Ojciec jednak poszedł. Pan z Gdańska przedstawił się zebranym jako delegat gdańskiej organizacji polskiej, która przygotowuje „lewe" dokumenty dla osób ukrywających się przed władzami niemieckimi, by im ułatwić przetrwanie zbliżających się do Pomorza działań wojennych. Był tak przekonywujący, że ludzie bez wahania informowali go, gdzie i kogo ukrywają. Nie żądał nazwisk, potrzebne mu były tylko zdjęcia do tych fałszywych dokumentów. Umówili się, że zdjęcia zostaną przygotowane na kolejny termin. Gdy Ojciec nikogo nie zgłosił, „delegat" zwrócił się do niego wprost: „Pan jest leśniczym. I nie ukrywa Pan nikogo ani w domu ani w lesie? Dziwne!" A Ojciec na to głośno: „Moja żona jest przeciwna i nie chce z tym mieć nic wspólnego". Nie wiedział, że tymi słowami uchronił Mamę i dzieci od możliwych nieszczęść.

„Obaj chłopcy nie żyją"

W sobotę, 20 maja 1944 roku zbudziło nas o szóstej rano głośne walenie w drzwi wejściowe. Ojciec otworzył. "Gestapo, ręce do góry. Gdzie ma pan broń? W ostatnim pokoju. W porządku. Proszę o mapę lasu". Weszli do kancelarii. Gestapowiec zapytał: „Gdzie jest Anton Werner?" Ojciec na to: „Nie wiem. Był u mnie z wizytą ponad miesiąc temu. Miał po urlopie pojechać na front. I pewnie pojechał." A gestapowiec: „Pojechał, ale nie dojechał. Powiem panu. Anton Werner jest tu!" - i położył palec na mapie lasu dokładnie na oddziale, w którym byli ukryci chłopcy. Ojciec nie musiał udawać zdziwionego. Był autentycznie zaskoczony. To chyba przekonało Niemca. A Ojciec nie powiedział mu przecież, że o miejscu ukrycia chłopców wiedział tylko on i chłopcy. Kto sypnął? Rozmowa przebiegała w spokojnym tonie. Gestapowiec nie był napastliwy, był wręcz grzeczny. "Proszę się ubrać i coś zjeść. Pojedzie pan z nami do lasu. Poszedł za Ojcem do pokoju, zabrał broń i amunicję, wyniósł do samochodu osobowego, czekającego przed bramą. Ojciec szepnął Mamie, że wpadka. Wyjrzał przez okno. Dom i budynki gospodarcze patrolowało kilku żołnierzy. Ale nie było żadnej rewizji. Nic nie zostało naruszone. Również nikt o nic nie pytał ani Mamy, ani nas, dzieci. Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy z tego, że jak na obyczaje Gestapo, zachowanie Niemców było dziwne. Wobec tego my z Mamą zachowywaliśmy się też tak, jakby to była tylko jakaś nagła, niezapowiedziana wizyta, jakby nic się nie stało. Ojciec się ubrał, zjadł śniadanie. Gestapowiec przyjął też od Mamy szklankę gorącego mleka jako poczęstunek. Zostawił potem, na straży leśniczówki dwóch wojskowych, zabrał Ojca i pojechali do lasu. Mamie dopiero wtedy puściły nerwy, rozpłakała się: „Oni go w lesie rozwalą!" Nie mieliśmy też żadnego sposobu, by zawiadomić chłopców o grożącym im niebezpieczeństwie. Mama poprosiła mnie tylko, bym w małych okienkach pierwszego piętra wystawił przygotowane tam doniczki z kwiatkami, jako umówiony z lasem sygnał, że do leśniczówki nie można teraz przychodzić. Ostrożnie poszedłem na górę, ale żołnierz, który siedział na ganku, nawet się za mną nie obejrzał! Wartownicy nie przeszkadzali też potem, gdy Mama poszła do obory wydoić i nakarmić ryczącą krowę oraz nakarmić głodne świnie i drób.

Ja usiadłem na ganku naprzeciwko wartownika. Gdy około godziny jedenastej doszły nas z lasu odgłosy strzałów z automatu, wpierw gdzieś dalsze, a potem podobna seria nieco bliżej zapory - zapytałem żołnierza naiwnie: "To polowanie? Nie, to walka z partyzantami. Partyzanci w naszym lesie? Nigdy takich nie widziałem. Jak oni wyglądają?" Żołnierz zaczął mi coś opowiadać, ale ja już wiedziałem, że Niemcy chłopców obu dopadli. Powiedziałem to Mamie. Minęły jeszcze ze trzy godziny. Mama zrobiła nam jakiś obiad. Wreszcie gestapowiec z Ojcem wrócił. Powiedział Mamie po polsku, że pani mąż musi z nami teraz pojechać do nas na kilka dni. Musimy kilka spraw jeszcze wyjaśnić. Proszę dać mężowi obiad i przygotować mu zamienną odzież i bieliznę na te kilka dni. Nadal wszystko w grzecznym, uprzejmym, choć stanowczym tonie. Ojciec się ogolił, przebrał. W pokoju szepnął tylko Mamie: „Obaj chłopcy nie żyją". Zebrał swoje drobiazgi, zjadł obiad. Gestapowiec też przyjął poczęstunek obiadem. Potem Ojciec z udanym spokojem pożegnał się z nami. Niemiec zabrał go, zdjął posterunki przy leśniczówce i samochodem odjechali. Czy to było aresztowanie?

Mama pobiegła na wieś do znajomych. Dowiedziała się tam, że tego ranka Gestapo aresztowało i wywiozło z domów wiele rodzin z Osia, Brzezin, Wałkowisk, a podobno też ze Świecia. Ale jak się Mama zorientowała, było to pokłosie wizyty sprzed kilku dni pana z Gdańska. Ze znanych Mamie osób aresztowano całe rodziny tych, którzy na spotkaniu „u pani Marysi" zgłaszali potrzebę „lewych" dokumentów. Prawdopodobnie deklaracja Ojca na tym spotkaniu, że „Moja żona jest przeciwna i nie chce mieć z tym nic wspólnego" uratowała nas, Mamę i dzieci, przed aresztowaniem i wywózką.

Natomiast obława w lesie na naszych chłopców, to była inna akcja, tyle, że została zsynchronizowana, by nie ostrzec innych.

Jak zginęli Tolek i Anton

Ojciec zapewne nigdy już nie dowiedział się, jaka była przyczyna wpadki i śmierci obu chłopców. Nie rozmawiałem z nim o tym nigdy potem. Zapewne tak, jak my z Mamą sądził, że na ich trop natrafił znany nam „wieczorny spacerowicz", który po 20 maja całkiem znikł. O rzeczywistym przebiegu wypadków dowiedziałem się dopiero w maju 1945 roku od chłopców z Wałkowisk. Otóż, Antek Werner miał we wsi, w Wałkowiskach dziewczynę, a może od niej też swoją żywność. Zachodził do niej nocami drogą przez zaporę. Obok dziewczyny miał gospodarstwo Niemiec, którego syn służył w policji w Osiu. A ten syn też podkochiwał się w tej samej dziewczynie. Zauważył Antka w nocy i bardziej chyba z zazdrości, niż ze służbowego obowiązku, zameldował sprawę na posterunku. Kolejnej nocy za Antkiem poszli w las zwiadowcy Gestapo i lokalizacja obozu chłopców została zdekonspirowana. Niemcy wiedzieli już, gdzie jest obóz, nie wiedzieli jednak, ilu w nim jest ludzi. Do obławy 20 maja przywieźli do lasu, drogą przez Spławie, ponad 20 ciężarówek wojska. Dwa sąsiadujące ze sobą odziały lasu, zostały nad ranem ściśle otoczone. Co kilka metrów stał zamaskowany żołnierz z MP Schmeisserem w ręku. Mysz nie mogłaby się prześlizgnąć! Taki stan gotowości bojowej widział też mój Ojciec, gdy z gestapowcem zajechał do lasu, jeszcze przed rozpoczęciem akcji. Modlił się w duchu, by chłopcy sami zauważyli nocny ruch w lesie i zdołali usunąć się z obszaru, objętego obławą. Ojciec nie miał już żadnej możliwości zaalarmowania chłopców. Nie mógł np. spowodować jakiegoś przypadkowego wystrzału, bo nie miał broni. Gdy o godzinie dziesiątej ruszyła tyraliera obławy od strony osady Grzybek, chłopcy być może jeszcze spali. Nie byli przygotowani na taką ewentualność. Nie trzymali służby wartowniczej. Nie mieli też koncepcji obrony. Nie podjęli jej, choć mieli broń i nieco amunicji. Zabrakło dowódcy. Jak zające rozbiegli się w dwie różne strony, i jak zające zginęli przy próbie przeskoczenia, linii obławy. Antek zginął pierwszy, na zachodniej, a po kilkunastu minutach po nim Tolek, na wschodniej linii oddziału. Obława trwała jednak dalej. Wprawdzie po znalezieniu miejsca biwaku, Niemcy już wiedzieli, że „partyzantów" było w nim niewielu. Ale nie byli pewni ilu. Obstawione oddziały lasu skrupulatnie przeczesali do końca. Dopiero po zakończeniu akcji zaprowadzili Ojca kolejno do zwłok, celem identyfikacji zabitych. Ile on biedny musiał się przy tym nacierpieć. A przecież nie mógł po sobie dać poznać Niemcom, że łączyły go z zabitymi jakieś związki emocjonalne. Antka Wernera potwierdził. Nie mógł przecież inaczej. Przy Tolku z bólem serca, ale z obojętnym wyrazem twarzy oświadczył, że tego człowieka nie zna. Jak mi później powiedział obaj chłopcy otrzymali z serii automatu po trzy trafienia trzema pociskami: po oczach, po piersiach i w brzuch! Ojciec stwierdził, że musiał to być wyćwiczony sposób trafiania w cel. Potem zaprowadzono Ojca jeszcze na miejsce biwaku chłopców. Było tam trochę porozrzucanych w nieładzie ich rzeczy, ale nic takiego, z czego Niemcy mogli wywnioskować źródła zaopatrzenia chłopców. Był tam też wprawdzie tzw. „prymus", opalany denaturatem, który Ojciec przed wojną używał do gotowania potraw na wycieczkach kajakowych, a teraz podarował Tolkowi do lasu - ale nie miał on żadnych znaków, wskazujących właściciela. A Niemcy nie znali przecież historii prymusa.

Zakochany policjant z Wałkowisk brał udział w akcji. Zadbał o swoje interesy. Dziewczyny nie wsypał. Teraz zdołał być przy zakopaniu zwłok Antka. Wskazał potem dziewczynie to miejsce w lesie. Chyba nawet ją tam zaprowadził, by przekonać! Po wyzwoleniu Żura i Wałkowisk 15 lutego 1945 roku, dziewczyna poszła do rodziców Antka. Opowiedziała im to, co sama wiedziała i wskazała miejsce zakopania zwłok. Zwłoki Antka zostały ekshumowane w kwietniu 1945 roku i złożone do grobu na cmentarzu w Osiu. Zwłok Tolka nigdy nie odnaleziono.

Bez Ojca

Halina Vogtowa z dziećmi: Izą i Jackiem na ławce obok ganku leśniczówki Wydry, w 1943 roku

Po zabraniu Ojca, ciężar dbania o inwentarz i gospodarstwo nie pozwolił Mamie rozpamiętywać się w rozpaczy. Szybko musiała się pozbierać. Na mnie też spadło szereg obowiązków, które dotąd pełnił Ojciec: wyprowadzanie i wiązanie (palowanie) bydła na pastwisku, a potem przyprowadzanie bydła, rąbanie drzewa na opał, noszenie wody do kuchni i napoju i karmy dla drobiu i zwierząt. Jak na moje wówczas niespełna 12 lat, nie były to prace lekkie.

Po dwóch tygodniach od zabrania Ojca, Mama wysłała mnie do gdańskiego Gestapo z paczką dla Ojca, zmianą bielizny i żywnością. Zaryzykowała też gryps i zapieczenie w chlebie kartki papieru i skrawka ołówka na odpowiedź! Pojechałem z jakąś panią, która też miała kogoś ze swoich w gdańskim Gestapo. Zaprowadziła mnie tam i udzieliła kilku wskazówek, co do sposobu zachowania się na miejscu.

Oddałem paczkę w okienku. O ukrytej w niej korespondencji nic nie wiedziałem, nie denerwowałem się nawet. Po południu odebrałem przesyłkę od Ojca i pociągiem, już po nocy, wróciłem do domu. Zwrócona bielizna Ojca nie była pokrwawiona, a gryps uspokajający. Nabraliśmy otuchy. W podobny sposób odwiedziłem Gdańsk znowu po dwóch tygodniach, tym razem już sam, bez „pilotki". Wynik był podobny. Gdy jednak pojechałem do Gdańska po raz trzeci, gdzieś około piątego lipca 1944 roku, w okienku GESTAPO paczki mi nie przyjęto! Adresata tutaj nie ma! Rozpłakałem się, gdzie jest mój tata?

Mam tu dla niego świeżą bieliznę. Jest mu potrzebna! Gestapowiec z okienka popatrzył na mnie. Może rzadko miewał takich małych interesantów. Usiądź tam, wskazał kąt na ławce, i poczekaj. Ale mojej paczki nie wziął. Czekam zatem, może mi powie, gdzie z tą paczką znajdę Ojca. Przysiadł się do mnie na ławce po dalszych dwóch godzinach. Był w cywilu, a poczekalnia przed okienkiem była pusta. „Nie mogę ci powiedzieć, gdzie teraz jest twój ojciec. Ale powiedz matce, by się nie martwiła. Wasz ojciec w niedługim czasie wróci do domu". Była to wiadomość z nieba. Nie pamiętam, czy Niemcowi za nią podziękowałem. Nie myślałem już o paczce. Popędziłem jak na skrzydłach do pociągu. Potem jeszcze zostawiłem w nim nową czapkę. Dopiero w pociągu naszły mnie wątpliwości. Czy on mi mówił prawdę? Ale rzeczywiście, 22-go lipca 1944 roku nad ranem, Ojciec przyszedł do domu, do Wyder. Radość nasza z jego powrotu stłumiła wszelkie wątpliwości: jak to i dlaczego? Wkrótce zresztą Mama otrzymała wiadomość, rozpuszczoną po okolicy, że Ojciec został zwolniony z Gestapo na skutek poręczenia, jakie za niego złożyli miejscowi Niemcy i nadleśniczy z Szarłaty.

Ojciec przybył, jednak na krótko. Spieszył się bardzo, bo pilnie musiał objąć nowe leśnictwo w Tępczu, powiat Wejherowo. Ostatni leśniczy tego leśnictwa został niedawno aresztowany przez Gestapo za współpracę z „partyzantami", ukrywającymi się w tamtym lesie. Ich przywódcą był miejscowy Kaszub, mąż właścicielki sklepu w wiosce Tępcz, były pułkownik SS, który niedawno zdezerterował i ukrył się w lesie. Leśniczego aresztowano i wywieziono do obozu Stutthof (Sztutowo koło Gdańska), ale poszukiwanego bunkra nie ujawnił i nie został on dotąd odnaleziony. Niemcy oczekiwali, że nasz Ojciec im ten bunkier w lesie znajdzie! Nie pytałem nigdy Ojca, co robił w tym Gestapo. Z perspektywy czasu uważam, że zrobiono mu tam potężne „pranie mózgu". Był przerażony i zastraszony. Nie wszedł na teren lasu Wyder. Opowiedział nam swoje przeżycia w lesie w dniu 20-go maja. Powiedział mi, gdzie zginął każdy z chłopców. Widział tylko, w którym miejscu zaczęto kopać dół dla Tolka. Zapamiętał je sobie, lecz nie chciał pójść tam ze mną do lasu, by mi to miejsce wskazać. Bał się, że jest śledzony. A ujawnienie jakiegoś Jego zainteresowania właśnie tym miejscem, mogłoby skierować śledztwo Gestapo na nowe, nie pożądane dla nas tory. Umówiliśmy się, że pójdziemy tam po wojnie. Przecież tu wrócimy!

Ojciec miną nadrabiał przy Mamie, nie chciał jej smucić. Ale tak naprawdę był swoją sytuacją przerażony. Gdy do wyjazdu do Tępcza ja sam odprowadzałem Go do „Koziego mostku", zatrzymał mnie w połowie przekraczanej łąki: „Jacku, gdyby mi się coś stało, to zaopiekuj się Mamą! Przyrzeknij mi". Przyrzekłem[19]. Ale pomyślałem sobie: „A cóż takiego może mu się stać?" Ta nasza optymistyczna ufność w przychylność wojennego losu, była wręcz naiwna. Ojciec odjechał, a Mama została z nami znów sama na gospodarstwie. A trzeba było zbierać zboże z pola, zwieźć je, wymłócić. Zwolnienie Ojca z Gestapo, zdjęło z nas odium .niepewnych". Ludzie ze wsi przestali bać się udzielać Mamie pomocy, czy po dawnemu przyjść do nas do pracy w polu. Jakoś Mama podołała trudnościom.

Leśniczy Hendrich z Bawarii

Z początkiem sierpnia 1944 roku pojawił się w Wydrach nowy leśniczy. Był to Bawarczyk nazwiskiem chyba Hendrich. Śmieszyło nas, gdy paradował w swoim narodowym stroju leśnika, w krótkich spodniach i grubych, kolorowych skarpetach do kolan. Ale wesoło to Mamie z nim nie było. Przyjechał tu do okupowanego kraju i żądał posługi i żywności. Zamieszkał w dużym pokoju obok kancelarii. Do żadnej pomocy Mamie się nie deklarował. Miał tylko wymagania.

Około 12 sierpnia Ojciec przyjechał z Tępcza do Wyder. Na zaaranżowanym ad hoc spotkaniu z udziałem nadleśniczego z Szarłaty, Ojciec zdołał jakoś uregulować stosunki pomiędzy Hendrichem a naszą Mamą. Hendrich będzie obiady jadał w restauracji w Wałkowiskach, przy szosie do Osia. Ale śniadania i kolacje musi mu zapewnić Mama na miejscu. Tyle, że będzie za nie płacił.

Ale już dotarły do nas wieści o Powstaniu w Warszawie oraz o tym, że Armia Czerwona dotarła na przedpola Warszawy. W obawie, że w czasie zbliżających się działań wojennych, pozostanie sama z dziećmi w odludnej leśniczówce, Mama wystąpiła z wnioskiem, że chciałaby wyjechać do męża do Tępcza. Nadleśniczy obiecał, że postara się sprawę załatwić. Ojciec odjechał. Zabrał ze sobą swój rower.

Leśniczy Hendrich też czuł się w Wydrach zagrożony. Wkrótce na jego żądanie w pokoju na górze zakwaterowało się czterech uzbrojonych mężczyzn tak zwanej Straży Leśnej. Byli nawet sympatyczni. Gospodarzyli się sami, tyle że we wspólnej z Mamą kuchni. Ale z własnej inicjatywy włączali się z pomocą w pracach gospodarczych.

W połowie września bez specjalnego zezwolenia, wolno było odjechać już tylko na 100 km od miejsca zamieszkania. Na umówione spotkanie z Ojcem pojechałem do Tczewa. Zawiozłem Ojcu coś z zimowej odzieży. Spotkaliśmy się w restauracji na dworcu kolejowym. Potem zwiedzaliśmy trochę miasto. Rozmawialiśmy nieco o jego nowej pracy i jak mu się tam samemu żyje. Jakoś, ale nie był zachwycony. Nie uważał Tępcza za swoją nową leśniczówkę. Ostatni leśniczy został aresztowany, ale nie został odwołany. Dom był pełen jego różnych rzeczy, które po części Ojciec musiał teraz używać, bo nie miał swoich: mebli, narzędzi itp. Jego broń, zabraną z Wyder przez Gestapo, zwrócono mu tutaj, w nadleśnictwie w Strzepczu. Zalecono wręcz też Ojcu czerpać pożytki ze zbiorów i inwentarza poprzednika, zdeponowanego przez nadleśnictwo po jego aresztowaniu w jedynym, sąsiednim gospodarstwie. Tam też uzyskał możliwość jedzenia obiadów. Kobieta z tego gospodarstwa prowadziła też Ojcu dom w leśniczówce. Pracę w Tępczu uważał Ojciec za chwilowe oddelegowanie, a raczej zesłanie. Głównym jego problemem było, jak tu wyprowadzić Gestapo w pole i pracowicie udając poszukiwania po lesie, nie znaleźć i nie ujawnić pożądanego przez Gestapo bunkra. Dlatego też nie zamierzał sprowadzać do tamtej leśniczówki swojej rodziny ani swojego majątku. Jego były Wydry i był święcie przekonany, że do nich wróci. Dlatego wynajął dla nas pokój w niezbyt odległym Luzinie, w domku zawiadowcy stacji kolejowej, położonym tuż przy torach kolejowych, opodal tejże stacji. Zabrałem od Ojca adres nowego mieszkania, jakieś dokumenty, potrzebne do uzyskania zgody na przejazd, i późnym wieczorem powróciłem do Wyder.

Wyjazd za Ojcem

Wkrótce uzyskałem też potwierdzenie zgody wyjazdu od Wójta gminy Osie. Spakowaliśmy nasze osobiste rzeczy, narty i psa Dzikusa, i gdzieś około 10-go października 1944 roku wywędrowaliśmy pociągiem z Osia. Leśniczy Hendrich nie pozwolił zabrać z leśniczówki niczego, co nie było ściśle przedmiotem osobistego użytku. Wszystko, co było w majątku domu i gospodarstwa leśniczówki, uważał za swoją zdobycz wojenną. Nie długo się nią nacieszył. W początkach lutego 1945 roku, Wydry i cały las na prawym brzegu rzeki Wdy, zajęły wojska radzieckie. Przygotowania do sforsowania rzeki i zajęcia Żura i Wałkowisk, trwały potem jeszcze około 10 dni.

Mama nie mogła w tych warunkach ani sprzedać, ani zdeponować u gospodarzy wsi Wałkowiska żadnego inwentarza, ani sprzętów gospodarczych lub domowych. Cichcem zdołała przemycić i schować u gospodarza w Wałkowiskach worek ziarna, które po powrocie, po wojnie, pozwalało nam jakoś przeżyć. Ojciec oczekiwał nas na peronie dworca w Gdyni i przepilotował przez Wejherowo do Luzina. Gospodarze przyjęli nas miło. Gospodarz był Kaszubem. Niemcy nazwali go Johan Klotzke, ale po polsku nazywał się zapewne Jan Klocka, lub może Klocek? Czuli się Polakami, a w domu rozmawiali albo po polsku, albo po "kaszebsku". Klotzke miał żonę, syna Janka w moim wieku i córkę w wieku mojej siostry Izi. Mieliśmy zatem oboje z siostrą doborowe towarzystwo.

Leśnictwo Tępcz

Leśniczówka Tępcz z widokiem na zabudowania wsi Paraszyno i przyległe wzgórza Wyżyny Pomorskiej po niemieckiej stronie przedwojennej granicy. Październik 1944 r. Ostatnie zdjęcie wykonane przez Oskara Vogta, wywołane przez jego syna Jacka dopiero w 1951 roku.

W pogodną niedzielę w końcu października, Ojciec zabrał nas wreszcie do leśniczówki. Od stacji kolejowej Strzebielino szło się tam na południe, szeroką drogą wytyczoną pod lasem, która do 1939 roku była granicą państwową Polski z Niemcami. Po dojściu do kilku biednych zabudowań wsi Paraszyno, stojących na polanie przy zakolu drogi - droga odchodzi dalej na południe, w las, serpentynami pod stromą górę. Na grzbiecie tej góry, odgałęzienie drogi w prawo prowadzi po stoku góry w dół, do leśniczówki. Zaś droga dalej prosto, płaskim grzbietem zalesionej góry, prowadzi do odległej o około cztery kilometry wioski Tępcz. Od zabudowań wsi Paraszyno dawna granica państwa dochodziła do rzeki Łeby, i jej korytem, pod prąd, prowadziła dalej na południe. Można było w tym miejscu też skręcić w prawo, dojść do rzeki Łeba i dawną ścieżką straży pogranicznej, lasem około 800 m wyjść wprost na obszerną polanę w głębokim zakolu rzeki, na której stoją zabudowania leśniczówki Tępcz. Przed murowanym z ciemno czerwonej cegły parterowym, wysoko podpiwniczonym budynkiem mieszkalnym leśniczówki rozciągało się nieduże podwórze, a za nim obora, stodoła i drwalka w jednym budynku murowanym i wygódka w przybudówce. Furtka w parkanie podwórza wyprowadzała na pas nadrzecznej łąki i prowadziła do odległej o 30 metrów rzeki szerokiej tu na trzy metry. Teraz przez rzekę położona była kładka na drugi brzeg. Ale świadomość, że do 1939 roku przebiegała tędy granica Państwa Polskiego, dodawała temu miejscu tajemniczego uroku. Przytłumiała go tylko ściana gęstego, świerkowego lasu, spływająca z wysokiej góry na leśniczówkę od strony wschodniej. Takiej góry gęstego, ciemnego lasu, nigdy dotąd jeszcze nie widziałem. Z tyłu za budynkiem mieszkalnym leśniczówki mieścił się ogród warzywny. Za budynkiem obory rozciągało się na małej górce, spore pole uprawne. Droga dojazdowa do leśniczówki wychodzi z lasu przed bramą leśniczówki i prowadzi dalej pod lasem, równolegle do rzeki, ponad polem do sąsiedniego gospodarstwa, położonego w odległości około dwóch kilometrów na polanie w następnym, nieco głębszym łuku rzeki. Niegdyś, jeszcze przed 1917 rokiem był tam młyn wodny, postawiony na spiętrzeniu rzeki. Teraz pozostały po nim tylko w rzece pale dawnej tamy i budynek mieszkalny piętrowy, murowany oraz przylegające do niego zabudowania gospodarcze na niedużym podwórzu. Całą polanę w łuku rzeki, zajmowały pola i łąka tego gospodarstwa. W wiosce Tępcz, położonej za górą i lasem, o dobre pięć kilometrów stąd, miejsce to nazywane było „U młyna", a gospodarującego tu rolnika, zwano nadal „młynarzem".

Droga do wioski Tępcz wiodła głębokim, stromym parowem przez las, a na szczycie góry wchodziła w zakręt drogi, prowadzącej grzbietem góry od wsi Paraszyno. Zalesione, strome wzgórze, wznoszące się nad leśniczówką i prawym skrajem doliny rzeki Łeby, przechodzi na szczycie w pasmo falistego płaskowyżu. Od północy, od strony wioski Paraszyno rozciąga się on na szerokość 200-300 metrów, a ku południu, w kierunku wioski Tępcz, rozszerza się nawet do 1200 metrów.

Droga od Paraszyna do Tępcza wiedzie wschodnim skrajem tego płaskowyżu. Na wschód od niej las schodzi po łagodnym zboczu do głębokiej doliny, dnem której płynie jakiś niewielki strumyk. Tam gdzieś była wschodnia granica leśnictwa Tępcz i tam się Ojciec liczył z możliwością istnienia poszukiwanego przez Niemców bunkra. Miejsce było odludne i woda na miejscu. Więc tam nie zachodził. Ja w tamtej części lasu nigdy nie byłem. Podstawowym zawodowym zadaniem Ojca w leśnictwie w tym momencie był wyrąb lasu, którego pole zlokalizowane było na poziomie szczytu wzgórza, nieco za zakrętem głównej drogi w kierunku wsi. Coraz krótsze, jesienne i zimowe dni, wymuszały szybki powrót Ojca ze zrębu do domu. Miał tam wprawdzie telefon, ale nie miał światła elektrycznego. A naftę lub karbid do lampy dostawał tylko w skromnych ilościach z przydziału nadleśnictwa. Najważniejsze prace domowe i gospodarcze, a także biurowe (obliczenia ilości metrów pozyskanego drewna, raporty pracy itp. dla nadleśnictwa), musiał Ojciec zdążyć wykonać przy świetle dziennym. Najpierw, w sierpniu i wrześniu dopiero poznawał powierzony mu las, a potem szybkie wieczory i śniegi nie sprzyjały włóczeniu się po lesie tam, gdzie nie zmuszały go zadania pracy. Było to nieco naiwne, ale taką linię obrony obrał sobie Ojciec na wypadek, gdyby ktoś z jego mocodawców robił mu zarzut nie realizowania poleconego odnalezienia bunkra.

Cywil z karabinem

Wielkie, przeto musiało być zaskoczenie Ojca, gdy w końcu października, na powrotną drogę ze zrębu do domu, wyszedł mu na przeciw człowiek w cywilu z karabinem! Ojciec zgłupiał! Jakaś prowokacja? Nie da się złapać. Już postanowił sobie, że w tej dwuznacznej dla niego sytuacji nie będzie się w nic angażował. Chciał przeżyć sam i ochronić swoją rodzinę. Nie czuł się powołany, ani zdolny do walki z władzą niemiecką. Zatrzymał się więc i udając mocno czymś zainteresowanego, przez lornetkę lustrował rozległy, wschodni obszar lasu. A kątem oka obserwował nieznajomego, gotów w każdej chwili do odparcia możliwego ataku. Ale obcy też stanął i czekał. Ojciec nie sięgnął po wyraźnie wyciągniętą dłoń. Nie zmieniał pozycji. Wreszcie po 15 minutach takiego milczącego przyglądania się sobie wzajemnie z odległości 150 metrów, obcy wzruszył ramionami, odwrócił się i odszedł pod górę w las, w kierunku rzeki. Po chwili Ojciec też poszedł wolną już teraz drogą, do domu. Wielokrotnie potem wracał myślami, ale też w rozmowach ze mną, do tamtego zdarzenia. W pierwszej chwili oczekiwał wezwania na Policję lub wręcz do Gestapo dla wyjaśnienia, dlaczego nie zareagował na widok wroga, ani nie złożył meldunku o jego spotkaniu. Gdy takiego wezwania jednak nie było, Ojciec zrozumiał, że spotkał prawdziwego mieszkańca bunkra, i że ten oczekiwał widocznie podjęcia współpracy. Może, gdyby zdarzenie się powtórzyło, losy Ojca potoczyłyby się inaczej. Ale nic dwa razy się nie zdarza!

Ostatnie święta z Ojcem

W czasie pierwszej wizyty, byliśmy z Mamą w Tępczu tylko kilka godzin. Wróciliśmy do Luzina. Tam mieszkaliśmy przez cały czas, a Ojciec przyjeżdżał do nas w każdą sobotę wieczorem i wracał do siebie albo w niedzielę wieczorem, albo wczesnym rankiem w poniedziałek. W początku grudnia Ojciec do spółki z naszym gospodarzem w Luzinie, zakupił gdzieś cichcem świnię - i chyba zabił ją w Tępczu, żeby hałas nie poruszył sąsiadów, a potem przywiózł do Luzina, gdzie ją już do spółki sprawili. Ojciec umiał to robić, zawsze przecież sam sprawiał zabitą dziką zwierzynę, ale świnią zajął się chyba po raz pierwszy. To mniej szlachetne zajęcie. A Klotzke miał narzędzia, stosowne pomieszczenie i wyposażenie. Obie rodziny miały - całkiem nielegalnie - co jeść na Święta i jeszcze długo potem. Czterdzieste trzecie urodziny Ojca i Święta Bożego Narodzenia, spędziliśmy u Ojca w leśniczówce. Mięso, pierogi z kapustą, wypieki i opłatek, Mama przygotowała w Luzinie i przywiozła. Właściwie to dopiero wtedy, w czasie świątecznych spacerów, szerzej rozejrzałem się po budynku i okolicy. Święta były udane, jak na ówczesne warunki. Ale nie było świeczek i sztucznych ogni na choince, oświetlenie było skromne. Życzyliśmy sobie wszyscy dotrwania w dobrym zdrowiu do Wolnej Polski i rychłego powrotu do naszych Wyder. Świąteczne dni były pogodne i nawet niezbyt mroźne. Wieczorny zmrok zapadał w budynku wcześnie, a brak światła mocno dokuczył mojej siostrze Izi. Zaraz po Świętach odprowadziliśmy je do pociągu do Strzebielina i Mama z Izią wróciły do Luzina. Tam było światło!

W poszukiwaniu bunkra

Ja pozostałem u Ojca do Sylwestra. Był ładny śnieg i niezbyt duży mróz. Umówiłem się z Ojcem, że po śniadaniu pojeżdżę sobie po polu na nartach, a po południu, kierując się słońcem, wyjadę do Ojca na zrąb. Dotarłem tam drogą jezdną od leśniczówki pod górę, a następnie drogą po grzbiecie góry. Wkrótce potem dzień pracy się skończył. Robotnicy też musieli dotrzeć do domu przed zmrokiem, by zdążyć oporządzić inwentarz we własnym gospodarstwie. Gdy wracaliśmy, Ojciec pokazał mi po drodze miejsce, z którego kiedyś spostrzegł Obcego z karabinem. Po obu stronach drogi rósł w tym miejscu kilkunastoletni młodniak świerkowy. Dopiero wyżej za nim wysoki, stary świerkowy las. Gdy doszliśmy do linii leśnej w miejscu, gdzie wówczas stał Obcy, zapytałem Ojca dokąd wiedzie ta linia. Ojciec: Wychodzi dalej wprost na leśniczówkę. Ja: A szedłeś nią kiedy? Ojciec: Nie. Ja: To chodźmy teraz. Może tam jest ten bunkier? Traktowałem to poszukiwanie bunkra jak dobrą zabawę. Na myśl mi nie przyszło, że ktoś z nas dwóch miałby go zdradzić. Przecież w Wydrach mieliśmy Tolka i nikt nigdy o nim pary z gęby nie puścił. A rozmowy z obcymi z bunkra się nie bałem. Ojciec: Ale tam dalej będzie stromo, nie wiem czy zejdziesz na nartach. Ja: To najwyżej pomożesz mi je znieść. Zejdziemy na piechotę.

Poszliśmy linią pod górę. Śnieg był niewielki. W wysokim lesie świerkowym leżał grubszą warstwą tylko na drodze. Pod parasolem gałęzi świerkowych na igliwiu, leżała tylko cieniutka warstwa śniegu, nawianego przez wiatr. Nigdzie wokoło ani śladu człowieka, byłby na śniegu wyraźnie, nawet z dala widoczny. Pytam Ojca, jak znaleźć bunkier w takich warunkach, gdy ukryty jest pod ziemią? Ojciec: Popatrz na wieniec korzeni drzew, wystających z ziemi wokół pni drzew. Gdy ktoś kopie dół bunkra, musi wydobytą ziemię gdzieś podziać. Rozsypuje ją wtedy wokół sąsiednich drzew i obsypuje wypiętrzone korzenie. Drzewa rosnące w pobliżu bunkra wyrastają prosto z ziemi, nie mają odkrytych korzeni.

Ja: A skąd Ty to wiesz? Ojciec: Bo mnie uczyli. Ja: (Po dokładnym rozejrzeniu się) To tutaj nie ma żadnego bunkra? Ano, nie ma. Poszliśmy dalej, rozglądając się nadal pilnie. Ale bez żadnych spostrzeżeń. A potem zejście linią w dół do leśniczówki było rzeczywiście strome, a po śniegu miejscami wręcz karkołomne. Ale udało się, nie musieliśmy zawracać.

Prowokacja

Chyba na trzeci dzień po tej pamiętnej wyprawie, dzwonek telefonu zbudził nas przed szóstą. Było jeszcze ciemno. Dzwoni Policja z Lęborka, że w nocy z pociągu pod Bożepolem uciekło trzech jeńców rosyjskich. Ich ślady na śniegu prowadzą w kierunku Tępcza. Ojciec ubrał się, wyszedł do kładki na rzece. Ślady jak malowane, prowadziły przez naszą kładkę, na ukos przez pole za oborą, i dalej pod górę, w las. Ojciec wrócił do mnie: Wstawaj! Zjemy coś i pójdziemy tym śladem. To „oni" mnie tak sprawdzają! Poszliśmy. Prowokatorzy się zbytnio nie trudzili. Po krótkim ukosie przez las, rychło przeszli na drogę od „młyna" do wsi Tępcz. Tylko w jednym miejscu pochodzili trochę w kółko, usiłując zmylić trop, ale nie zważając na to, pewni naszej oceny zdarzenia, poszliśmy dalej, drogą do wsi. I rzeczywiście, po dwustu krokach naszych pod górę, ślady wyraźnie powróciły na drogę. Jeden z tych śladów był zwłaszcza charakterystyczny: zelówka była pęknięta i pozostawiała wyraźną rysę na odcisku buta. Przed samą wsią, ślady skręciły w pole, na przełaj, prosto do stodoły tutejszego majątku rolnego. Ojciec zaszedł do niemieckiego gospodarza tego majątku. Zgłosił mu o otrzymanym alarmie i że poszukiwani znajdują się w jego stodole. A Niemiec na to: Tak, to byli nasi ludzie. I odwrócił się tyłem do nas. Po powrocie do domu, Ojciec telefonicznie zawiadomił policję w Lęborku o wyniku swojego tropienia i zachowaniu się Treuhaendera (niem: Powiernika) majątku w Tępczu. Złożył oficjalną skargę, że przez fałszywy alarm, utracił dzień pracy.

Żegnaj Tatusiu

Oskar Vogt, leśniczy Leśnictwa Wydry w Nadleśnictwie Szarłata, żył w latach 1901-1945

Nowy Rok 1945 spędziliśmy z Ojcem w Luzinie. Znowu ozwały się nadzieje na rychły, szczęśliwy dla nas koniec wojny i tęsknota za powrotem do Wyder. Potem Ojciec wrócił do Tępcza i życie potoczyło się względnie normalnym torem. Odgłosy narastającego piekła wojny do lasu w Tępczu nie dochodziły. Natomiast w Luzinie narastanie nieszczęść zbliżających się działań wojennych, widoczne było gołym okiem. Najpierw transporty rannych z frontu pociągami sanitarnymi, a lżej rannych -również zwykłymi pociągami osobowymi, zatrzymywały się na stacji w Luzinie. Nabierały tu wodę i żywność. W dawnej fabryce kosmetyków w Luzinie, wyposażonej we własną bocznicę kolejową, Niemcy założyli duży magazyn cukru i konserw mięsnych. Potem przelała się duża fala uciekinierów niemieckich z Prus Wschodnich. Pociągami osobowymi i towarowymi, bryczkami i wozami po szosie, wiali z obłędem w oczach, aż się za nimi kurzyło. Trudno się cieszyć z cudzego nieszczęścia, ale wspomnienie obrazów z polskich dróg, bombardowanych wówczas obficie przez lotnictwo niemieckie, nie pozwoliło wzbudzić w nas współczucia. Tutaj na nich nie spadały jeszcze na razie bomby. O wydarzeniach tych informowaliśmy Ojca co ty-dzień, gdy na niedzielę przyjeżdżał do Luzina. Od niego zaś nie słyszałem już żadnych nowych, niepokojących wieści. Aż tu niespodziewanie, gdzieś na przełomie stycznia i lutego 1945 roku, zjawił się u nas Ojciec w połowie tygodnia. Nikt z nas nie zapisał wówczas daty tego wydarzenia. Otóż Ojciec dostał wezwanie do stawienia się w Komendanturze Miasta Wejherowa do zadań obrony. Ma zabrać ze sobą odpowiednią odzież oraz żywność na dwa dni. Broń i amunicję ma tam zdać. Ojciec zadzwonił do nadleśnictwa, licząc na jakąś reklamację. Od nadleśniczego otrzymał niestety odpowiedz, że w tej chwili wszystkie decyzje osobowe należą już tylko do władz wojskowych. I co miał zrobić? Na tym terenie był „obcy wśród obcych". Nie miał gdzie się schować. Obawiał się też, że jeżeli nie podporządkuje się żądaniu władz niemieckich, to konsekwencje odbiją się nieszczęściem na jego rodzinie: żonie i dzieciach. Takim argumentem był przecież szantażowany od połowy ubiegłego roku przez gdańskie Gestapo. A właśnie takiego losu chciał nam za wszelką cenę oszczędzić. Przywiózł do nas swój rower, plecak i dubeltówkę w futerale wraz z amunicją. Pocieszał nas: nie martwcie się o mnie. Ja sobie radę dam. Będę miał zawsze moją sztabówkę 1:100 000 Pomorza przy sobie i jak tylko w szeregi wojsk niemieckich wkradnie się jakiś bałagan, lub trafi mi się inna okazja, to im zwieję. Znam przecież też język rosyjski. Był pełen dobrych nadziei i wiary w swoją szczęśliwą gwiazdę. Nam zaś zalecił, byśmy w razie potrzeby, schronili się w „młynie" w Tępczu. „Młynarz" jest umówiony i w razie potrzeby udzieli nam pomocy. Przespał się u nas, a rano pożegnał się z nami czule i pojechał pociągiem do Wejherowa. I tu wszelki ślad po Nim zaginął. Mama dostała tylko potem od kogoś wiadomość, że w tych dniach Niemcy zgarniali ludzi do brygad paramilitarnych do prac ziemnych, budowlanych i transportowych. Nikt tam jednak Ojca nie znał i Go nie zauważył.

Żegnaj Tatusiu. Kochaliśmy Cię wszyscy bardzo. Długo tęskniliśmy i czekaliśmy na Ciebie. Nie wiemy nawet gdzie Twój grób. Niech to opowiadanie stanie się Twoim pomnikiem.

W zamęcie niemieckich przygotowań do działań wojennych przeżyliśmy w Luzinie jeszcze ponad miesiąc. Dopiero 10 marca 1945 roku zbudziły nas rano odgłosy dalekiej kanonady armatniej. Od zachodu?! Tego dnia, już po ciemku, czołgi rosyjskie zjechały od szosy Koszalin - Wejherowo do Luzina. Ludzie wybiegli na drogę, witać je radośnie. Odgłosy bitwy przesunęły się na wschód, do Wejherowa. Następnego dnia Mama oddała dubeltówkę Ojca wraz z amunicją, agentce wywiadu radzieckiego. Po kilku dniach wolności, kontrataki Niemców od Wejherowa, dochodzące nawet w pobliże Luzina, zmusiły nas do przeniesienia się do Tępcza. „Młynarz" dotrzymał danego Ojcu przyrzeczenia i swoim koniem i wozem pomógł w przeprowadzce. Przyjęto nas na miejscu też spokojnie, choć dom był już pełen różnych innych uciekinierów, i zakwaterować nas nie było łatwo. W „młynie" w Tępczu przebywaliśmy do połowy maja 1945 roku. Naszym problemem tam była przede wszystkim choroba mojej siostry Izi. Dziecko nam nikło w oczach. Chodziłem do jakiejś wsi, gdzieś wzdłuż rzeki Łeby, o dobre pięć kilometrów na południe od „młyna", po prośbie o mleko dla chorej siostry. Kładliśmy jej chorobę na karb tęsknoty za Ojcem. Ale gdy przyszła wiosna i dłuższe dni, powoli powracała do siebie. Tam w „młynie" też przecież nie było światła. Ale nikt z nas wtedy nie wiedział, że to może być powodem choroby. W początku kwietnia, ksiądz parafii we wsi Tępcz ogłosił, że otwiera szkołę. Poszedłem do niej z innymi dziećmi mieszkańców „młyna". Było daleko, około pięć kilometrów przez las i pod górę.

Wyjaśniona tajemnica bunkra

Gdzieś około 20 kwietnia ksiądz w szkole ogłosił, że jutro zajęć nie będzie, bo odbędzie się w lesie ekshumacja zwłok (tu nazwisko męża właścicielki sklepu w Tępczu) i pogrzeb ich na cmentarzu. Wiedziałem, że był to „wódz" bunkra. Dopytując Janka, syna „młynarza" dowiedziałem się wtedy, że bunkier wpadł! Przestraszyłem się, bo gdyby wtedy ktoś podniósł jakiś zarzut wobec mojego ojca, nie miałbym przecież żadnych dowodów na jego obronę. Ale wieś wiedziała, jak doszło do wykrycia bunkra i o przebiegu zdarzeń przy jego likwidacji. Nie dopytywałem, ale z tego co mi Janek opowiedział, to na ślad bunkra Niemcy wpadli tropem dostarczania żywności. Wszyscy mieszkańcy bunkra poddali się i wyszli, składając broń. Tylko dowódca, ten były oficer SS nie miał złudzeń co do swego losu, i podjął walkę. Wychodził z bunkra jako ostatni, strzelił, kogoś tam zranił, skoczył z powrotem, zatrzaskując za sobą pokrywę. Niemcy po chwili wrzucili mu tam wiązkę granatów, rozsadzili bunkier od wewnątrz i przestali się swą ofiarą zajmować. Zginął na miejscu? Zmarł od ran? Musiał też powrócić do wsi ktoś z byłych mieszkańców bunkra, bo ludzie znali przebieg wydarzeń i znali miejsce bunkra w lesie. Zaprowadził mnie tam Janek „z młyna". Ze zdziwieniem stwierdziłem, że znam to miejsce. Byłem tam z Ojcem po Świętach. Ale nie było tam żadnych śladów bunkra. A jednak był! Nie w lesie, ale na poboczu linii, czyli leśnej drogi. W prostej linii około 150 metrów od leśniczówki tyle, że o 80 metrów powyżej niej. Teraz byłem tam w kwietniu. Nie było żadnych śladów rozsypywania piasku z wykopu! Wokół bunkra rosła trawa, mech i wrzosy. Nie ujawniałem wówczas moich spostrzeżeń. Mogło to wtedy być nie mile dla mnie widziane. Ale ten bunkier musiał być zbudowany bardzo dawno, zapewne za wiedzą leśniczego, a wydobywana z niego ziemia musiała być wręcz gdzieś odwożona. Kiedy i po co ten bunkier został tam zbudowany? Ale przecież przed wojną obok przebiegała granica państwa!

A mieszkańcy bunkra? Być może w tym czasie, gdy tam z Ojcem byliśmy, przebywali jeszcze na Świętach w swych domach we wsi. A świeży śnieg zasypał ewentualne ślady. Może tam wtedy właśnie ktoś wpadł na ich trop. Nie wiedzieli przecież, że przed zbliżającymi się działaniami wojennymi, ich las został zapewne poddany - podobnie jak niegdyś ten we Wydrach - szczególnej infiltracji.

Zajęta leśniczówka

W połowie maja 1945 roku odnalazła nas w „młynie" w Tępczu siostra Mamy, Zosia Walterówna. Mama była już w piątym miesiącu ciąży. Ciocia Zosia pomogła nam pozbierać nasze rzeczy z Tępcza i z Luzina, załatwiła transport konny do Wejherowa, a Klotzke pomógł uzyskać wagon towarowy, którym powróciliśmy do Laskowic, a stąd przez Osie do Wałkowisk. Leśniczówka Wydry była niestety już zamieszkała. Objął ją wcześniej leśniczy Aleksander Dalecki. Jego leśniczówka „Zajęczy Kąt", stojąca tuż przy szosie z Osia do Świecia, w pobliżu skrzyżowania z szosą biegnącą do Gródka i Drzycimia została w trakcie działań wojennych w styczniu 1945 roku, doszczętnie zburzona. Przeniósł się zatem do Wyder. Leśniczówka stała pusta. Ojciec z nami wyjechał, a jego następca Hendrich uciekł. Dalecki uznał zatem tę leśniczówkę za poniemieckie mienie opuszczone i za swoją zdobycz wojenną. Była to zdobycz tym cenniejsza, że miała to wymarzone przez Daleckiego światło elektryczne! Przez tyle lat tego światła mojemu Ojcu zazdrościł. Na razie elektrownia w Żurze nie była jeszcze czynna. Ale nie była zniszczona i było wiadome, że to tylko kwestia czasu i światło będzie. Powrót w maju Mamy z dziećmi był mu mocno nie w smak. Dopiero decyzja nadleśniczego, teraz już z Osia, zmusiła go do przyjęcia nas do leśniczówki na okres do rozwiązania Mamy, do połowy października. Chociaż to przecież żona kolegi - Dalecki był z Ojcem na niejednym polowaniu i znali się dobrze - Aleksander Dalecki nie zaprosił Mamy nigdy na żadne spotkanie towarzyskie. Wręcz odwrotnie. Gdy Mama tylko weszła do wspólnej przecież kuchni, zawsze w drzwiach do pokoju Daleckich stawał ktoś, jakby pilnował, by Mama tam przypadkiem nie zajrzała. Czyżby mieli tam coś z naszych mebli i obawiali się, że Mama im to odbierze?

Trudny czas

Zofia Walterówna podczas pobytu w Wydrach

My znaleźliśmy się w Wydrach w naprawdę trudnej sytuacji materialnej. Niewielkie zasoby finansowe Mamy poszły na koszty powrotu. Leśniczówka została jej przedstawiona jako całkowicie rozgrabiona. Mama chodziła trochę po wsi w poszukiwaniu swoich rzeczy. Coś nie coś udało jej się odzyskać i sprzedać, ale wszystko to była kropla w morzu potrzeb. Pamiętam, że ja też próbowałem. A to zbierałem w lesie i suszyłem na strychu liście i owoce dzikiego bzu albo liście podbiału dla aptekarza w Osiu, a to zbierałem w lesie poziomki i jagody, próbując je potem sprzedać, bez większego zresztą powodzenia. Zbierałem też żołędzie dębu, jako materiał siewny, skupowany wtedy przez leśniczego. Wszystko to przynosiło zaledwie jakieś grosze. I wtedy na ratunek Mamie przyszło echo dawnej przyjaźni Ojca z inżynierem Alfonsem Hoffmannem. Wiosną 1945 roku na krótki czas, kierownictwo Elektrowni Żur objął syn Hoffmanna - Marian. Gdy dowiedział się o ciężkiej sytuacji bytowej Mamy, załatwił dla naszej cioci Zosi Walterówny pracę w biurze Elektrowni od 1 września, z mieszkaniem dla całej naszej rodziny w budynku Elektrowni od 1 października 1945 roku. 22 września 1945 roku urodziła się w Wydrach najmłodsza córka Haliny i Oskara Vogtów. Po Mamie otrzymała imię Halina. Jak tylko Mama czuła się na siłach, około 10 października przeprowadziliśmy się do mieszkania w byłym biurowcu Elektrowni, obok wartowni Straży Przemysłowej. Dochody z pracy Zosi Walterówny i otrzymywane przez nią w pracy paczki UNRRA, ustabilizowały naszą sytuację materialną na tyle, że nie była to już skrajna bieda. Izia poszła do III klasy Szkoły Podstawowej w Wałkowiskach, a ja do VI klasy w Osiu.

Zamieszkaliśmy w Wołominie

Córki Oskara Vogta, od lewej Izabela i Halina. Wołomin 1951 r.

W październiku 1946 roku Mama przyjęła zaproszenie siostry Ojca - cioci Zosi Szpakowskiej (której mąż zginął w Katyniu), i przeprowadziliśmy się do jej jednorodzinnego domku w Wołominie pod Warszawą. Ciocia Zosia Walterówna pracowała w Elektrowni jeszcze rok, a potem też sprowadziła się do nas do Wołomina. Wiosną 1947 roku, na wniosek Mamy, wyrokiem sądu Ojciec został uznany za zmarłego. Latem 1947 roku Mama otrzymała rentę po Ojcu dla całej trójki dzieci. Od 1 września 1949 roku Mama dostała pracę sekretarki w szkole. Ja też wtedy dostałem pracę w księgowości... zaczęliśmy stawać na własnych nogach. Nad historią Oskara Vogta zaległa cisza. Spokój Jego Pamięci!

- KONIEC -

PRZYPISY

1. Zmiana pisowni nazwiska nastąpiła "z urzędu" w 1954 roku na podstawie tego, że litery "V" nie ma w alfabecie polskim. Potem tego nie "odkręcałem"!, choć po roku 1956 można było. (AF) [miejsce w tekście]

2. Tytuł opowiadania w wersji maszynopisu brzmiał: "Kręte losy leśnika. Wspomnienie o ojcu", (przyp. T.Ch.) [miejsce w tekście]

3. W okolicach miasteczka Plauen. ' Lasy Leśnictwa Wydry leżą obecnie na obszarze Wdeckiego Parku Krajobrazowego. [miejsce w tekście]

4. Lasy Leśnictwa Wydry leżą obecnie na obszarze Wdeckiego Parku Krajobrazowego [miejsce w tekście]

5. Obszerniej o budowie elektrowni w Żurze patrz periodyk "MEGAWAT", numer specjalny, luty 2000, wyd. Zakład Energetyczny Bydgoszcz S.A. [miejsce w tekście]

6. Zalew ten jest dziś centrum Wdeckiego Parku Krajobrazowego. [miejsce w tekście]

7. Halina Vogt, żona leśniczego Oskara Vogta i matka Andrzeja Fogta (vel Vogta) zmarła 11 lutego 2006 r. w Wołominie już po napisaniu niniejszego opowiadania (przyp. Redakcji Biuletynu). [miejsce w tekście]

8. Gdy po roku 1950 zalesiony został cały obszar majątku Spławie, mur cmentarza został rozebrany, a groby znalazły się w środku lasu, obecnie leśnictwa Wydry. Były leśnik wrócił do lasu. [miejsce w tekście]

9. Brat Mamy Jan Walter, po ukończeniu później studiów w Wyższej Szkole Inżynierskiej im. Wawelberga w Warszawie, został specjalistą radiotechniki. [miejsce w tekście]

10. Był to rolnik, który nie posiadał własnej ziemi, lecz zatrudniał się jako administrator gospodarstwa lub wręcz brał cudze gospodarstwo w najem na określony czas - na ustalonych obopólnie warunkach umownych, (określenie "wędrowny" wymyśliłem tu sobie sam. AF).[miejsce w tekście]

11. Powiedziałem kiedyś, że nie pamiętam Ojca w mundurze leśnika. Zapytana o to obecnie moja Mama, skomentowała to tak: Byłeś mały. Ojciec chodził zawsze do lasu w mundurze tylko do 1939roku. Potem, w czasie okupacji, oczywiście już nie. A po powrocie z pracy zawsze natychmiast mundur zmieniał na ubranie cywilne, i dopiero w nim wychodził do dzieci. A mundur był czyszczony i w miarę potrzeby odświeżany. Pamiętasz Ojca z tych lat z fotografii, a te przecież nie były zwykle robione w lesie. To wyjaśniło moje wątpliwości.[miejsce w tekście]

12. Nasi rodzice zostawiali zwierzętom leśnym na zimę zawsze nieco siana w kopce na łące i kilka główek kapusty w warzywniku tylko z własnej inicjatywy i na własny rachunek.[miejsce w tekście]

13. Tak nazywano wówczas wóz drabiniasty na drewnianych kołach (taki do zwożenia zboża z pola lub siana z łąki), wyścielony słomą i zaprzężony w dwa konie, z woźnicą - zabierany ze wsi do służby na rzecz przewozów państwowych. Podwoda dowoziła ładunek lub/i pasażerów do wskazanej kolejnej wsi, pozostawiała tam ładunek sołtysowi, i wracała do domu. A sołtys tej kolejnej wsi odpowiedzialny był za przekazanie ładunku podwodą swojej wsi dalej, zgodnie z przeznaczeniem.[miejsce w tekście]

14. Dzierżawca gospodarstwa rolnego Wyder, który mieszkał z żoną na piętrze w budynku leśniczówki.[miejsce w tekście]

15. Bylo to prawdopodobnie w miejscu, gdzie dziś jest miejscowość Nowy Duninów.[miejsce w tekście]

16. Czyli: zdeklaruj się, że jesteś Volksdeutchem.[miejsce w tekście]

17. Od redakcji Biuletynu: nadleśniczy Bolesław Osiński był aresztowany przez Niemców, później zwolniony z więzienia wyjechał z Pomorza. Jego dwaj synowie - lekarz i zawodowy oficer Wojska Polskiego zostali zamordowani przez Sowietów w Katyniu. Bolesław Osiński wrócił do Szarłaty w 1945 r. i jeszcze na krótko sprawował funkcję nadleśniczego, po czym odszedł na emeryturę (informacja od Krystyny Zwiefka).[miejsce w tekście]

18. Autor opowiadania p. Andrzej Fogt w kwietniu 2006 roku uzupełnił informację o Tolku, o jego prawdopodobne nazwisko. Napisał, że przypomniał sobie rozmowę przeprowadzoną w 1978 r. z pracownikiem Elektrowni Żur – panem Rychlickim, który znał Tolka Wendolowskiego jeszcze z czasów przedwojennych, gdyż uczęszczali w Świeciu do tego samego gimnazjum (przyp. redakcji).[miejsce w tekście]

19. Pewnie niewiele w tym mojej zasługi. Ale nasza Mama żyła 94 lata (zmarła w lutym 2006 r.). Dbaliśmy o Nią wszyscy.[miejsce w tekście]

Fotografie z archiwum rodzinnego autora